Przepisy kulinarne Gotujemy z o2.pl

Afrodyzjaki zdrowe i niezdrowe

12.02.2010

Afrodyzjaki zdrowe i niezdrowe Cały czas mam wrażenie, że jakieś specjalne obchodzenie dnia świętego Walentego to tradycja głęboko obca. Nie jest, tak jak na przykład Halloween, sposobem obchodzenia ważnego dnia (u nas był to starosłowiański rytuał dziadów), ale raczej próbą przeszczepienia czegoś całkowicie nowego. Oczywiście nie byłoby takiego walentynkowego „parcia”, gdyby nie to, że zakochanym można sprzedać specjalne pokazy filmowe, specjalne oferty restauracyjne, czy co tam jeszcze można sprzedać. A z tego co zdążyłem się zorientować, większość pań raczej nie patrzy negatywnie na kartkę walentynkową czy kwiaty od swego mężczyzny. Wprost przeciwnie.

A gdzie wspólna radość tam i afrodyzjaki – jak można by skrótowo opisać cały ciąg wydarzeń. W końcu gotuje się z miłości – jak powiedział swego czasu genialny Jamie Olivier. Nic dodać, nic ująć. Ludzie od tysiącleci starali się spotęgować swą wydolność seksualną i przyjemność osiąganą z seksu, stąd nieustająca kariera wszelakich afrodyzjaków. My zajmiemy się tymi „spożywczymi”.

Z góry uprzedzam, nie dam się złapać za rękę i jeśli opisywane tu afrodyzjaki nie podziałają, to reklamacji nie przyjmuję, w końcu nawet leki działają różnie na różnych pacjentów (szczególnie „inaczej” działają na tych uczulonych), a cóż dopiero jedzenie? Ale z afrodyzjaków powszechnie i cały czas dostępnych (w końcu takie ostrygi są dostępne głównie w czwartki) królem wydaje się być seler.

Na co dzień występuje w formie dodatku do wywaru warzywnego (jak to się mawia u nas w Galicji – „jarzyny”), od święta jest uważany za afrodyzjak o mocy porównywalnej z ostrygami czy szparagami. A jeśli chcielibyście zażyć przyjemności związanej z jedzeniem trochę niedocenianego w naszej kuchni selera, to polecam sałatkę Waldorf.

Jeśli ktoś oglądał doskonały angielski serial Hotel Zacisze, to zapewne pamięta odcinek, w którym amerykański turysta domaga się sałatki Waldorf. O tej jakże jankeskiej sałacie (powstałej pod koniec XIX wieku z inspiracji pracownika nowojorskiego hotelu Waldorf-Astoria) śpiewał również sam Cole Porter: upatrując w niej czegoś naprawdę „topowego”: You're the top! You're a Waldorf salad. You're the top! You're a Berlin ballad. Sałatka majonezowa w piosence o miłości… Z pewnością coś tu byłoby nie na miejscu, gdyby sałatka Waldorf nie była afrodyzjakiem prawda? A nawet jeśli nie zadziała na nas, to warto ją wykonać według oryginalnego przepisu Oscara Tschirky’ego: Dwa jabłka należy pokroić na niewielkie kawałki, a następnie dodać do nich nieco selera korzeniowego pokrojonego również na identyczne kawałki (dobrze sprawdzają się niewielkie kostki lub piórka, ale raczej nie radzę trzeć składników – nie o to tu chodzi). Dodać dobry majonez i dokładnie wymieszać. W latach dwudziestych zaczęto dodawać do sałaty orzechy (włoskie będą świetne) i na tym kończą się dodatki klasyczne, choć istnieje mnóstwo wersji tej sałatki: z rodzynkami, tak zwanym „sercem selera” (naciowego) itp. Ale to już pozostawiam waszym eksperymentom.

Produkty spożywcze często są określane jako afrodyzjaki (szczególnie w kuchni ludowej) na podstawie ich hm… kształtu i ogólnie rzecz biorąc wyglądu – jak w przypadku smardzów, ostryg czy szparagów. Szczególnie te ostatnie są interesujące jako afrodyzjak, jeśli do afrodyzjaku dodamy sosu z jajka, oliwy i soli. Wszystko miksujemy. Tajemnica w tym, że powinno być dość sporo oliwy, a niezbyt dużo soli, aby nie zagłuszyć delikatnego smaku szparagów. Polewamy szparagi sosem, do tego białe wino (polecam testowanie kalifornijskich i południowoafrykańskich) i możemy odkrywać skuteczność tradycyjnych afrodyzjaków.

Oczywiście afrodyzjaki to nie tylko świeże ostrygi, czy szparagi. To byłoby zbyt przyjemne. Afrodyzjaki są powiązane również z wypadkami zatruć czy nawet zgonów. Jak w przypadku słynnej afery cukierków kantarydowych.

Słynny arystokratyczny zboczeniec markiz de Sade spędził połowę życia w różnorodnych więzieniach, aresztach domowych i innych formach odosobnienia. Powodem było nie tylko notoryczne obrażanie moralności publicznej (często w formach karanych w owym czasie przez prawo) ale również, w kilku przypadkach, pobicia lub jak w opisywanej historii zatrucia. Otóż słynny markiz wynajął cztery prostytutki, dla zorganizowania niewielkiej (jak na pomysły autora 120 dni Sodomy) orgii, ażeby panie lepiej „przykładały się do pracy” nakarmił je cukierkami kantarydowymi.

Kantarydyna czyli środek uzyskany z pewnego gatunku chrząszcza, był znanym od stuleci afrodyzjakiem (z kategorii tych działających). I jak często bywa w życiu, erotyka łączy nam się ze śmiercią (proszę przypomnieć sobie mity greckie, tam jest mnóstwo tej mieszanki). Otóż kantarydyna była używana również do sporządzania trucizn, już w czasach jakże humanistycznego – renesansu (to właśnie wtedy sztuka trucicielska powróciła do „poziomu” i „wyrafinowania” znanego starożytnym).

I tak też skończyła się sprawa nieszczęsnego markiza – „damy” zatruły się ciężko (choć nie śmiertelnie), a on sam został skazany na śmierć za trucicielstwo i musiał uciekać. Prawdopodobnie de Sade nie chciał naprawdę otruć prostytutek, ale mucha hiszpańska, jak już wspomniano w formie cukierków, była po prostu źle przygotowana, o co łatwo – o ile weźmie się pod uwagę, że ilości czystej kantarydyny potrzebnej do zatrucia dorosłego człowieka jest liczona w miligramach, a więc możliwość popełnienia „śmiertelnej” pomyłki jest dość duża. Co polecam uwadze tych, którzy chcieliby spróbować tego „cudownego” chrząszcza. Zapewniam – historia użytkowania muchy hiszpańskiej, zarówno jako afrodyzjaku, jak i jako trucizny pokazuje, że raczej nie warto. Nawet w formie cukierków.

Innym „spożywczym” a skrajnie niebezpiecznym daniem jest powszechnie znana jako specjalność kuchni japońskiej ryba fugu. O fugu krążą (i słusznie) legendy. Co prawda prawdopodobieństwo śmierci po zjedzeniu dobrze przyrządzonego fugu jest praktycznie zerowe, ale dreszczyk pozostaje. W końcu jest to ryba, z powodu której umiera co roku co najmniej kilka osób. Dzieje się tak również dlatego, że prawdziwi smakosze życzą sobie, aby mięso ryby zawierało niewielkie ilości trucizny, zawartej przede wszystkim w wątrobie ryby, która zawsze jest usuwana i traktowana jako materiał niebezpieczny (palona), podobnie jak na przykład zawierające bardzo dużo trucizny jajniki. Cechy afrodyzjaku mają posiadać przede wszystkim jądra fugu.

Skojarzenie wydaje się oczywiste i bazujące na symbolu, ale wymaga dużej odwagi, gdyż zawartość trucizny w jądrach nie jest tak duża jak w wątrobie, ale stanowi już pewne niebezpieczeństwo, szczególnie gdyby pragnący „poprawić” swe seksualne możliwości Japończyk nadużył afrodyzjaku. Koniec będzie dość szybki, aczkolwiek bardzo nieprzyjemny. Trucizna fugu powoduje paraliż – najpierw ciała, a później również funkcji oddechowych. Ofiara fugu dusi się powoli, pozostając przy tym całkowicie przytomną. Nie do pozazdroszczenia. No ale jeśli ktoś chce robić za „gwiazdę” filmów pornograficznych przy pomocy śmiertelnej trucizny, to chyba taka osoba jest sama sobie winna, nieprawdaż?

Zostawmy jednak trujące cukierki i kolczaste ryby. Za perfekcyjny posiłek dla kochanków osobiście uważam: przystawka – białe szparagi z sosem jajecznym, danie główne - stek marynowany „na ostro” i kieliszek wina. Szparagi pokażą wyraźnie, że ten posiłek ma być afrodyzjakiem, jajka z sosu, oliwa i wołowina zapewnią nam hm… dużo energii tak potrzebnej w życiu i twórczości, jeśli dodatkowo stek będzie ostry jak trzeba a wino – porządne, to mamy pikantny, energetyczny, poprawiający humor i samopoczucie lekki (tak tak!) posiłek. A jak pisał jeden z pisarzy Kościoła: Ani Wulkan, ani Etna, ani płomienie piekielne nie są w stanie oddać tego ognia, który w młodym mężczyźnie rozpala jedzenie i napitek. No właśnie, tan kieliszek wina jest niejako wisienką na torcie naszego afrodyzjakowego posiłku. Proszę tylko nie przesadzać. Skutki nadużywania są znane. Odwrotne do pożądanych.
Prześlij do znajomego Wersja do druku

Komentarze

Zgłoś 13.02.2010 The T.

A ja polecam czarną kawę z czekoladą, cynamonem i imbirem ;)