Przepisy kulinarne Gotujemy z o2.pl

Fast food wczoraj i dziś

03.05.2010

Fast food wczoraj i dziś O popularności fast foodu nie będę pisał. Nie ma o czym. Jedni go uwielbiają, nie wyobrażając sobie niedzielnego spaceru z rodziną bez wizyty w słynnej hamburgerowni (nazywanej – nie wiedzieć czemu – restauracją), inni aktywnie przeciwstawiają się temu trendowi, wybierając zasady ruchu slow food i starając się celebrować posiłki.

A prawdę w tej kwestii wyraził Robert Makłowicz w jednym z wywiadów, stwierdzając, że fast food jest równie uprawnioną formą pożywiania się, jeśli traktuje się go tak, jak na to zasłużył – jako rzadko używany, wysokokaloryczny zapychacz. Bo czasem po prostu zjeść trzeba, a nie bardzo jest gdzie. Być może chciał uprzedzić tą wypowiedzią krążące po Krakowie (a opowiedziane mi z prawdziwą grozą w głosie) plotki mówiące, jakoby widziano go podczas zakupu hamburasa we wspomnianej już restauracji. Powiedzmy sobie więc otwarcie: skoro takie autorytety jak Makłowicz są w stanie korzystać z uroków buły z zmieloną krową i dodatkami, to nawet największy kulinarny snob może pozwolić sobie na rozważania o fast foodzie.

Ludzie zawsze chcieli posiadać coś, co można zjeść szybko, zapewniając sobie odpowiednią ilość kalorii. To pierwsza z cech fast foodu – ma być wysokokaloryczny i łatwy do strawienia. Druga z kluczowych cech to możliwość wzięcia na wynos i zjedzenia podczas pędu do kolejnych zajęć dnia codziennego. A czy w tym ujęciu istnieje lepszy i bardziej tradycyjny polski fast food niż tradycyjny krakowski obwarzanek?

Historia kilku kawałków ciasta, zaplecionych, zwiniętych w kółko, obgotowanych, a następnie, po posypaniu solą lub makiem, upieczonych, mogłaby stanowić osobną kulinarną opowieść. Jako zakamieniały krakus (nie wiąże się to z poczuciem wyższości) pamiętam wiele historii związanych właśnie z obwarzankami. A to tę, kiedy w czasach studenckich, w lutym postanowiłem kupić sobie obwarzanka, ale tylko od tego sprzedawcy, który będzie trzeźwy – taki pomysł na zajęcie czasu. Obszedłem cały rynek – nie udało się. No bo jak tu nie pić, kiedy temperatura ujemna, a stać z jedzeniem trzeba? Najmocniej piła niejaka Danuta. Kobieta stojąca nieopodal wlotu do Sławkowskiej, legendarna postać, znana w Krakowie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jak mało kto. Znana z tego, że potrafiła gonić klienta ze swoją lagą. A czyniła to na przykład wtedy, kiedy poprosiło się o obwarzanka z cukrem. Taki rodzaj sportu ekstremalnego, gdzie zamiast lwa na safari jest przekupka. Ech… Danuta znikła ze swym wózkiem podobno za lekceważenie kar zasądzonych za awantury i handel bez zezwolenia. Umarła ze zgryzoty – tak kończą legendy.

Może z jednej strony i dobrze? Nie zobaczyła upadku obwarzanka. Współcześnie obwarzanki są do szczętu wypakowane środkami spulchniającymi, które czynią z nich – zaiste imponujące rozmiarem, ale w środku puste – buły, bo pod chrupką skórką kryje się mało ciasta. Ale to już takie wspomnienia młodości, kiedy, jak wiadomo, było zdecydowanie lepiej. A obwarzanki można by wypromować na świecie jako świetną przekąskę (mogą być doskonałym dodatkiem do koreczków!) spokrewnioną z powszechnie znanym żydowskim bajglem (niektórzy nie-krakowianie tak nazywają obwarzanek), miękkim i doskonałym do kanapek.

Pozostając przy galicyjsko- krakowskich historycznych fast foodach trzeba też wspomnieć o pieczonych kasztanach, czyli maronach. Czasem pojawiają się one w Krakowie, choć nie zauważyłem ich już od lat. W XIX i XX wieku spełniały funkcję spacerowej przekąski na miarę waty na patyku. Jeśli dostaniecie je gdzieś pieczone, proszę spróbować, a jeśli surowe (czasami są tu i ówdzie) – proszę je naciąć i upiec w piekarniku rozgrzanym do ponad 200 stopni, lub na mocno nagrzanym grillu. Dla osiągnięcia sytuacji jedzeniowej maksymalnie zbliżonej do tej z czasów świetności tego fast foodu dawnego Krakowa, to proszę upieczone kasztany zajadać z małej trójkątnej tutki najlepiej zrobionej z archiwalnych (z końca XIX wieku) numerów Czasu Krakowskiego. Kasztany warto też posolić.

A jak fast food wygląda dziś? Jeśli jesteśmy akurat w jakimś większym mieście i musimy szybko wrzucić coś o poranku, najlepiej za małe pieniądze, warto zajrzeć do baru mlecznego i zamówić jajecznicę na maśle. Będzie smaczniej, pożywniej i szybciej niż w niejednej sieciówce. A gdyby w mleczaku podawali jeszcze pastę jajeczną… To już tradycyjny fast food pełną gębą! I to taki, którego rozpoznawalnością, gdyby tylko komuś się zachciało, można by budować markę polskiej kuchni na świecie. A chodzi mi o kanapkę z jajkiem i założyciela wiedeńskiej kanapkarni Franciszka Trześniewskiego.

Przybył na przełomie wieków do Wiednia i zaczął sprzedawać kanapki z pastami, głównie jajecznymi. Do tego maleńkie piwo (1/8 litra tak zwany pfiff) i mamy perfekcyjny fast food. A i w domu warto przygotować tego typu przekąskę, choćby do szybkiego wydania kolacji. Siekamy jajka, mieszamy je z niewielką ilością majonezu. I to właściwie tyle, ponieważ kwestia dodatków pozostaje otwarta. Idzie wiosna – świetnie sprawdzi się i szczypiorek, i pietruszka, i młoda cebulka. Jeśli ktoś ma świeżą ostrą paprykę – doskonale (słodka chyba jednak jest zbyt mdła do jajek z majonezem). Ale niewątpliwie jednym z najlepszych pomysłów na przyprawienie pasty jajecznej są ryby o specyficznych, wędzonych smakach: szprotki, lub sardynki w oleju, wędzony tuńczyk (raczej na zimno), a przede wszystkim – sardele. Puszki z małymi sardelowymi filecikami zaczęły się pojawiać dość powszechnie dopiero niedawno i warto je stosować wszędzie tam, gdzie zależy nam na zaskakującym wyostrzeniu smaku. Trzeba tylko uważać żeby nie przeholować – są bardzo aromatyczne i słone. Niektórzy radzą moczenie w wodzie przed dodaniem – ja nie polecam. Intensywny smak pasty jajeczno- majonezowo- sardelowej świetnie komponuje się z ciemnym chlebem, który ja jeszcze cienko smaruję masłem. Do tego można podać trochę więcej piwa niż u Trześniewskiego. A! I warto tak jak u niego uważać z dodawaniem zbyt dużych ilości tłustych dodatków jak majonez czy oliwa, tak by dominował aromat jajek. Nic dziwnego, że jedną z najpopularniejszych kanapek Trześniewskiego jest ta z pastą jajeczną, przybrana plasterkiem jajka i posypana siekanym szczypiorkiem. Prosto, szybko i smacznie. Najbliższa lokalizacja? – Wiedeń. No to chyba warto zrobić sobie pastę w domu. I warto zrobić ją jako dodatek do ciemnego chleba – jak u Trześniewskiego. Bo i składniki te zawsze genialnie się komponowały.

A mądry zwyczaj łączenia jajek z ciemnym chlebem istnieje też na Śląsku Cieszyńskim, gdzie na kromkach razowca jedzono smażelnicę, czyli regionalną jajecznicę z wędzoną słoniną. Polecam, słonina wędzona wypada w jajecznicy o niebo lepiej niż, tryskający przeważnie wodą, boczek. Na ciemnym razowcu z masłem staje się szybką przekąską przed wybiegnięciem z domu, do przygotowania naprawdę w kilka minut. A energii może dać na cały dzień.

Ale i klasyczny fast food – jak hot dog czy hamburger – może nas pozytywnie zaskoczyć. Sam pamiętam doskonałego hot doga, którego jakieś 12 lat temu jadłem podczas meczy jednego z krakowskich klubów piłkarskich. Co prawda nie roznoszono go po trybunach, ale bułka była grzana na prawdziwym węglowym grillu, zaś zaskakującym dodatkiem do parówki (i to całkiem dobrej – dość powiedzieć, że była to paróweczka we flaku co obecnie, a i wtedy też, często się nie zdarzało w przypadku hot dogów) była porządnie ukiszona kapusta. Bez żadnych dodatków typu keczup, za to z dużą ilością tartej marchwi, z którą się kisiła, z wyraźnym zapachem kminku, którym była przesypana i tym niesamowitym stylem domowo- kiszonej kapusty.

I tu powiem, że hot dog nie musi być podłym jedzeniem, ale raczej rodzajem niezbyt wyszukanej kanapki na gorąco idealnej do oglądania filmu lub meczu z kumplami – idealnej, bo nie wymagającej elegancji w jedzeniu i możliwej do podania w miarę szybko – w końcu to fast food. Radzę kilka rzeczy: po pierwsze parówka – najlepiej typu kiełbaska w naturalnym flaku. Po drugie warto olać miękkie tradycyjne buły do hot dogów i poszukać w dobrych piekarniach jakichś ciekawych „sztangielek” jak to się mawia, przynajmniej w Krakowie o podłużnych mini bagietkach często posypywanych makiem czy nawet sezamem. Po podgrzaniu w opiekaczu lub piekarniku będą doskonale współgrać z parówką i surową salsą. Pomidory, cebula, czosnek, papryka jalapeno, albo inna – grunt, żeby była ostra. Do tego kumin, sól, pieprz, tabasco i świeża kolendra – wszystko wymieszać i do lodówki. Doskonale spełni rolę wkładu warzywnego w hot doga. Do tego jakiś ciekawy sos – może być na bazie czosnku, mielonej papryki i jogurtu – i można zajadać.

Podobnie z hamburgerem – tego najlepiej usmażyć na grillu. Klasyczne przepisy radzą wziąć specjalne mięso, w którym zachowano proporcje mięsa do tłuszczu ok. 4 do 1, czyli na kilo mięsa – 20 dag tłuszczu wołowego, ale zapewniam, że większość nawet w miarę porządnej mielonej wołowiny z marketów ma właśnie zbliżone proporcje (oczywiście nie mówię o ohydnej mielonce garmażeryjnej za kilka złotych – puszcza wodę i strasznie śmierdzi – nie nadaje się do niczego). Gdyby mięso mimo to się nie kleiło – można dodać jajko lub nawet odrobinę bułki tartej – ale stanowczo odradzam – za to proszę nie żałować sosu worcestershire, ostrej musztardy, czosnku (mimo że to wołowina – dziwnie pasuje) i tabasco. Warto też dodać kapary lub odrobinę pasty sardelowej, jeśli ktoś akurat ma.

Z mięsa wyrobionego z przyprawami i dodatkami formujemy płaskie kotlety z niewielkim wgłębieniem pośrodku i smażymy je na grillu po mniej więcej pięć minut z każdej strony (zależy, jak bardzo chcemy je wypiec). Warto też grillować bułkę, w której podamy kanapkę. Plaster cebuli, musztarda i ketchup (lub – osobiście wolę – sos tabasco na cebulę), nieco ostrej musztardy – gotowe.

Ktoś mógłby stwierdzić, że co to za fast food, skoro samemu trzeba to przygotować i to wcale nie tak szybko? No słusznie, ale zapewniam, że szybciej sami sobie zrobicie dobrego hot doga czy hamburgera, niż znajdziecie na mieście coś, czego jedzenie nie skończy się, w najlepszym razie, niesmakiem, a w najgorszym chorobą żołądka. To już lepiej w domu – dłużej, ale smaczniej i bezpieczniej.
Prześlij do znajomego Wersja do druku

Komentarze

Zgłoś 20.06.2011 Żorż Ponimirski

Ten artykuł również bardzo chętnie wykorzystałbym na swoim blogu. Jeżeli Autor nie ma nic przeciwko oczywiście. Pozdrawiam i czekam na odpowiedź.

streetfoodpolska.blogspot.com

Zgłoś 05.05.2010 D.

Dziekuje Autorowi - jest jedyna osoba publikujaca w tym dziale, ktorej artykuly czytam bez zgrzytania zebami i poczucia niesmaku.

Od pewnego czasu wchodze tutaj i przede wszystkim patrze ... Pokaż więcej

Dziekuje Autorowi - jest jedyna osoba publikujaca w tym dziale, ktorej artykuly czytam bez zgrzytania zebami i poczucia niesmaku.

Od pewnego czasu wchodze tutaj i przede wszystkim patrze na podpis autora.

Zgłoś 04.05.2010 Artur

uwielbiam fast-food i mam w de cała nagonkę na fast-food

Fast food jest zdrowy bułka+mięso +sałatki a poza tym całe żarcie w sklepach jest chemiczne i plastikowe i trzeba samemu sobie hod... Pokaż więcej

uwielbiam fast-food i mam w de cała nagonkę na fast-food

Fast food jest zdrowy bułka+mięso +sałatki a poza tym całe żarcie w sklepach jest chemiczne i plastikowe i trzeba samemu sobie hodować

P.S. wszystko jest dla ludzi w odpowiednich ilościach

Zgłoś 04.05.2010

jezu, żebyście wiedzieli jak mam dzisiaj wszystko w de.

nawet mi się nie chcę podpisać, ani używać dużych liter.

Zgłoś 04.05.2010 walawander

nie wiem czy pamietasz drogi Jarku ale byly tez jeszcze u nas w Krakowie Hot-Dogi ktore skladaly sie tylko z polowki sztangielki, byla ona nadziewana na specjalne bolce ktore robily w niej odpow... Pokaż więcej

nie wiem czy pamietasz drogi Jarku ale byly tez jeszcze u nas w Krakowie Hot-Dogi ktore skladaly sie tylko z polowki sztangielki, byla ona nadziewana na specjalne bolce ktore robily w niej odpowiednia dziorke na parowke jednoczesnie ogrzewajac bulke i najwazniejsze-parowka leszczynska o ile sie nie myle bo bylo to dosyc dawno ale pamietam ze wygladala ona jak papier toaletowy ale w smaku byla nie do opisania naprawde swietna,calosc podawana tylko z musztarda bez zadnych dodatkow naprawde super

Zgłoś 05.05.2010 Ewa

B. fajny artykuł nie lubie gotować ale text zachecil mnie do zrobienia czegos samej a zniechecil do fast foodow