Przepisy kulinarne Gotujemy z o2.pl

Indyjskie psychodelicje

11.02.2013

Indyjskie psychodelicje

Po dobrym posiłku człowiek czuje się dobrze, ale czasem to nie wystarcza – potrzeba czegoś więcej. Słynne jedzenie i napoje bogów – nektar i ambrozja w wierzeniach starożytnych Greków, czy soma i amryta w wierzeniach Ariów – miały nie tylko sprawiać, iż boskie istoty staną się nieśmiertelne, ale również zmienią ich stan psychiczny na zdecydowanie bardziej boski. To co? Bogowie mogą, a człowiek nie? Człowiek też by chciał.

 

Tak czy inaczej, odwołania do czasów aryjskich pokazują, że tradycja psychodelicznego posiłku sięga właściwie czasów prehistorycznych. Niestety, a może na szczęście, zależy od punktu widzenia, polska kuchnia nie dostarczyła nam specjalnie psychodelicznych posiłków. Bo cóż? Galaretka, w którą zamienia się po latach dobrze przechowywany węgrzyn? Późne i ciężkie kolacje zjadane przez romantyków, mające wywoływać intensywne sny, tak ważne dla poetyckiego natchnienia? Makówka dawana do ssania zbyt długo płaczącym dzieciom ? Trochę tego mało. Istnieje za to daleki, dziwny, acz piękny kraj, gdzie pewne używki są jak najbardziej legalnie i nie ma konieczności tłumaczenia się z potwornego przestępstwa, jakim jest testowanie na sobie środków psychoaktywnych, w wielu przypadkach legalne, a nawet – z punktu widzenia miejscowych obyczajów – jak najbardziej pożądane.

 

 

Indie, ojczyzna somy i amryty, to również kraj alternatywnych dla alkoholu psychodelików. Z jednej strony wielu mieszkańców Indii to muzułmanie, którzy niejako z definicji nie używają alkoholu, z drugiej strony w hinduizmie bramini przestrzegający tradycyjnych zakazów nie mogą palić nawet papierosów. Obostrzenia te wymagają alternatywnych metod pobudzenia trawienia po tłustym posiłku (a takie jada się w Indiach), jak i innych sposobów przyjmowania pewnych koniecznych z punktu widzenia religii środków.

 

Bhang czyli mieszanina liści i kwiatostanów konopi indyjskich wbrew pozorom nie ma wiele wspólnego ze znaną w Polsce marihuaną. Dużo słabszy w działaniu psychodelicznym (poza kwiatostanami zawiera też liście) przez braminów używany jest na sposób, w jaki według tradycji spożywa je bóg Sziwa, siedzący w himalajach i popijający bhang zmieszany z wodą, która to metoda do dziś jest tradycyjnym sposobem przyjmowania tego ziela. Właśnie ta tradycja spowodowała, że mimo iż wszelkie psychoaktywne produkty konopne są w Indiach zabronione, to przynajmniej jeszcze do niedawna istniał legalny „Bhang shop” w jednym z najpiękniejszych miast Rajastanu – Jaisalmerze. Czy istnieje nadal – nie wiem. Informacje na ten temat są sprzeczne.

 

W dobrych czasach zarządzała nim rodzina, której członkowie określali się jako „Bhang family”, przynajmniej w kontaktach z turystami takimi jak ja. Sklep, poza rozmową z niesamowitym „Mr. Bhangiem”, jednym z najbardziej stylowych hindusów, których spotkałem w życiu, oferował m.in. lassi z bhangiem, czekoladę z bhangiem, bhangowe ciastka, cukierki, soki z bhangiem itd. Niestety, mimo dość odlotowego charakteru rozprowadzanego materiału, sklep sprawiał raczej smutne wrażenie – grupy napranych Europejczyków, Izraelczyków i Amerykanów, paskudne wnętrze i przekonanie, że mamy do czynienia z dość śliskim biznesem. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do jednego z indyjskich programów Anthonego Bourdaina.

 

Popularność bhangu spowodowała, że w wielu miastach można na zasadach „półlegalnych” otrzymać tzw. special lassi. Choć nie zawsze ma ono w sobie substancje psychoaktywne, na przykład najlepsze lassi, jakie piłem w Indiach – na głównej ulicy Jaipuru – również jest określane mianem „special”. Z tym że w tym przypadku „special” oznacza po prostu bardzo, bardzo dobre. W innych miejscach „specjal lassi” może być zarówno bhangowym lassi, jak i miksturą zawierającą Bóg wie co – byle „dawało w dekiel”, że tak konfidencjonalnie powiem. Szczególnie często zawiera bieluń, powodując halucynacje, przeważnie bardzo, bardzo nieprzyjemne i zbliżone raczej do majaczenia po lekach lub niektórych chemicznych psychodelikach, niż cokolwiek „special”.

 

Wyjeżdżających do Indii lojalnie ostrzegam – uważajcie na to, co zostanie wam podane. Hindusi być może są przyzwyczajeni do wielu rzeczy, my nie. Oni z kolei nie pijają alkoholu, więc czasem dwa piwa potrafią ich rozłożyć tak jak nas... No mniejsza. Trzeba uważać.

 

Jedną z najpopularniejszych indyjskich używek, szczególnie istotnych z punktu widzenia kuchni, jest paan. Orzechy areki zawinięte w liść betelu, ze słodkimi dodatkami, od specyficznej marmolady poczynając, przez najróżniejsze miniaturowe cukierki, a na przyprawach kończąc. Istnieje również paan z domieszką tytoniu do żucia, działa w podobny sposób, ale odradzam go każdemu, kto nie ma w sobie duszy marynarza – tytoń do żucia to wyjątkowe paskudztwo.

 

Nawet jeśli ktoś nie chce żuć, warto rozglądać się za straganikami i „dziurami w murze”, w których sprzedaje się paan. Otóż sprzedawcy paanu ustawiają się często przed szczególnie popularnymi restauracjami i to popularnymi głównie wśród lokalsów, gdyż głównie oni go żują. Paan poza tym, że intensywnie żuty orzeźwia, a jednocześnie lekko uspakaja, to doskonale oczyszcza usta i daje poczucie świeżości zdecydowanie mocniejsze niż niejedna przereklamowana guma do żucia.

 

Sprzedawcy paanu, przynajmniej kilkanaście lat temu, byli przez przeciętnych Hindusów uważani za krezusów dorabiających się na swym biznesie prawdziwych fortun, co przeważnie nie miało niczego wspólnego z rzeczywistością. Sami Hindusi uważają, że odpowiednio „przyrządzony” paan ma również działanie podniecające, aż do używanego podczas nocy poślubnej paanu o nazwie „łamacz łóżek”. Ile w tym prawdy – nie wiem, chodzą jednak słuchy, że ten „specjalny” paan zawdzięcza swą sławę nie betelowi czy arece, a dodatkom środków w pełni nielegalnych jak na przykład kokainy. Jednak otrzymanie od ulicznego sprzedawcy takiego „wzmocnionego” paan'u raczej nie wchodzi w grę. Z drugiej strony, jeśli nie żuje się go zbyt intensywnie, a wypluje go po krótkiej chwili, nie ma działania psychoaktywnego i stanowi po prostu smaczne i odświeżające zakończenie posiłku.

 

Żucie paanu wiąże się z pobudzeniem wydzielania śliny – pod żadnym pozorem nie należy jej połykać! Czerwone ślady na indyjskich ulicach to właśnie skutek żucia. Połkniecie „zawartości” paan'u może prowadzić do rozstroju i podrażnienia żołądka, a zapewniam, że kuchnia indyjska dla niedoświadczonego konsumenta będzie i tak wystarczającym przeżyciem. Jeśli nawet nie ze względu na ostrość potraw (zdarzają się i łagodne), to ich aromatyczność, tłustość (przeważnie są przygotowywane na klarowanym maśle) i słodkość (radżastańskie i pendżabskie słodycze wydają się słodsze niż cukier jedzony łyżkami). Ogólnie w kuchni indyjskiej wszystko jest „bardziej” i często może się to komuś niespodobać – ja to uwielbiam.

 

Gdy będziecie w Indiach, proszę uważać na to, co zostaje wam podane, zawsze warto wypytać kelnera o stopień ostrości potraw, uważać na napoje z dodatkiem lodu (który niestety jest częścią każdego indyjskiego lassi) i zwracać uwagę na ogólną czystość miejsca, gdzie jecie. Ja nigdy nie uważałem. Jadłem w najgorszych dziurach, w których tłoczyli się miejscowi, próbowałem tego co mi polecano – trudno aby było inaczej, te miejsca nie posiadały karty, a nawet jeśli była, to pisana w nieczytelnym dla mnie alfabecie. Dodatkowo jadłem najostrzej, jak się da. Przywiozłem sobie lamblie i dużo dobrych wspomnień, ale w moim przypadku jest tak zapewne dlatego, że po prostu kocham Indie z ich plusami i gigantycznymi minusami. Jestem tu drugi raz i zapoznaję się z kuchnią południa kraju. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie opowiem o rozkoszach wegetariańskiej kuchni Tamil Nadu i Karnataki, o wodnych i kokosowych rozkoszach Kerali oraz tych nielicznych miejscach na południu Indii, w których jada się wieprzowinę.

Prześlij do znajomego Wersja do druku

Komentarze

Brak komentarzy. Czekamy na Wasze opinie.