Przepisy kulinarne Gotujemy z o2.pl

Kac – czyli koci lament

08.01.2010

Kac – czyli koci lament A mówili mi przyjaciele, nie mieszaj ogórków z dżemem. Musztardy z kisielem i śliwek z likierem, żołądek to nie San Francisco. (Piersi „Leżę”).

Święta, święta i po świętach. Ba! Mamy już karnawał, sezon imprezowy w pełni, a niskie temperatury będące wynikiem, jakżeżby inaczej, globalnego ocieplenia (jak mi powiedział pewien wydrwigrosz robiący za „ekologa”), zachęcają do używania napojów wyskokowych. A nawet nadużywania, co szczególnie wyczuwalne było dla tych, którzy postanowili spędzić sylwestra w górach. Jak wiadomo w górach lepiej się pije, czego sam miałem okazję wielokrotnie doświadczyć, ale ewentualny szczyt kaca zastanie nas na terenach położonych zdecydowanie niżej co, szczególnie jeśli korzystamy z PKP lub PKS może nas doprowadzić do samobójstwa (nie dość że brudno, to jeszcze trzeba jechać z rzeszą rodaków i turystów zagranicznych pachnących wczorajszym sylwestrem).

Oczywiście nie namawiam do tak radykalnego zakończenia kaca, ale czasem znajdujemy się w sytuacji, w której szybka śmierć wydaję się najlepszym rozwiązaniem. Jak w dowcipie o Amerykaninie pijącym z Polakami: Poniedziałek – piję z Polakami, wtorek – umieram, środa – znowu piję z Polakami, czwartek – żałuję, że nie umarłem we wtorek.

Kac, katzenjammer (koci lament), syndrom dnia poprzedniego, francuskie gueule de bois (drewniana gęba), angielski hangover, czy piękne (stworzone przez Stanisława Ignacego Witkiewicza) określenie glątwa - tyle różnych słów a nieprzyjemność jedna. Popiliśmy zdrowo – co z tym zrobić?

Cóż rzec - bohater dowcipu, mimo intensywności i ustawiczności swych alkoholowych rozrywek nie odkrył jednej z najstarszych metod leczenia kaca czyli tradycyjnego klina. Osobiście staram się nie stosować tego typu metod leczenia (zbyt częste „leczenie” kaca tą metodą jest prostą drogą do alkoholizmu), ale trzeba przyznać, że klinowanie posiada długą tradycję obrosłą wieloma przykładami czy przepisami na ożywcze drinki. Znajomi lekarze zajmują dwa stanowiska – drobny klin z czystej zimnej wódki (ale tylko kieliszek! Nie mamy się upijać ale zmusić metabolizm organizmu do wznowienia procesów usuwania alkoholowej trucizny), lub działania „osłonowe” (dostarczenie potasu i magnezu w tabletkach, duże ilości niegazowanej wody mineralnej i aspiryna). My jednak zajmijmy się metodami zdecydowanie bardziej kulinarnymi, a jednym z najsłynniejszych niealkoholowych metod leczenia kaca jest tak zwana Preriowa Ostryga (Prairie Oyster).

Drink ten obrósł legendą, w niektórych kręgach porównywalną ze słynną wódką z martini czy krwawą mary, dość powiedzieć, że pojawia się na przykład w jednym z filmów o Jamesie Bondzie, a w Kabarecie Boba Fossa, to właśnie przy tym drinku poznaje się para głównych bohaterów. Cóż sława sławą, ale chciałbym zaznaczyć dziś, chyba po raz pierwszy, podaję przepis, którego nie wypróbowałem. Tak więc robienie Ostrygi pozostawiam wam. Przyznaję, nie przemogłem się! A skład tego, podobno zbawiennego drinka to: sos Worcestershire (około łyżeczki), łyżka soku pomidorowego (podobno porządny keczup też jest dobry), jedno żółtko, odrobina octu lub tabasco, sól i pieprz, ewentualnie ostra papryka (szczególnie jeśli zamiast tabasco zastosowaliśmy ocet). Wszystkie składniki umieszczamy w szklance. Uwaga! Nie mieszamy. Żółtko powinno być w całości. Wypijamy to na raz. Jak mówiłem - nigdy nie zdecydowałem się na ten eksperyment. Może dlatego, że znam lepsze metody wypróżnienia żołądka niż traktowanie go tą miksturą. Ale jeśli ktoś się zdecyduje… To gratuluję odwagi!

Preriowa Ostryga jest wymysłem Anglosasów, ale cóż oni mogą wiedzieć o piciu? Może Australijczycy… Ale to właśnie do kontynentalnych ludów Europy należy palma pierwszeństwa w piciu, a co za tym idzie - w szczególnie radykalnych kacach. My Polacy razem z naszymi wschodniosłowiańskimi braćmi opracowaliśmy, przynajmniej moim zdaniem, najlepsze metody leczenia przypadłości wynikających z aktywności alkoholowej dnia poprzedniego, a główną metodą jest podanie choremu czegoś radykalnie kwaśnego, a konkretnie – kiszonego.

O kiszeniu trzeba będzie kiedyś napisać osobny felieton, bo to jeden z najciekawszych elementów naszej kuchni. Nie żeby inni nie kisili, o nie, w końcu nawet angielskojęzyczna nazwa kiszonej kapusty wywodzi się od naszych zachodnich sąsiadów, a więc i oni musieli już kisić i to dawnymi czasy, jednak to ludy wschodniosłowiańskie doprowadziły przepisy wszelakich „kiszonek” do perfekcji. Jako patriota nie będę się rozpisywał na temat kiszonek na Ukrainie i w Rosji, bo musiałbym przyznać im wyższość, zarówno w różnorodności przepisów, jak i przeważnie jakości wykonania. Wiem co mówię! Pierogi z kiszoną kapustą które jadłem na pograniczu białorusko – ukraińskim, broniły się właśnie doskonałą, aromatyczną kapustą.

Mniejsza zresztą o fascynacje kulinarne, wróćmy do kaca. Moja narzeczona będąc osobą rozsądną, często przed planowanym przyjęciem, kolacją u znajomych lub po prostu „wieczornym wyjściem” kupuje woreczek „przemysłowej” kapusty kiszonej. Wiem, że nie jest to jakiś cymes, ale zapewniam, że wypicie soku spod kapusty pomaga.

Kiedyś można było dostać sok z kiszonej kapusty w eleganckich 200 mililitrowych buteleczkach. Zwał się Kacuś, a złośliwy grafik ozdobił etykietkę rysunkami białych myszek, mimo to rozwiązanie było doskonałe. Poranna przebieżka do lodówki, zakończona przyssaniem się do „magicznej butelki”, której każdy łyk ma błogosławione właściwości lecznicze. Soczku dawno nie widziałem, ale jeśli ktoś znalazłby go w sklepie – kupić koniecznie! Nawet jeśli jest się abstynentem, bomba witaminy C i mikroelementów, którą wrzucamy sobie we wnętrzności wraz z każdym łykiem soku spod kapusty, to dobro którego nie powinniśmy sobie skąpić. Ale jednak na kacu sok smakuje najlepiej.

Równie dobra jest woda spod kiszonych ogórków, którą zresztą zdarzało mi się pić prosto ze słoika. Ku przerażeniu mojej mamy, która zastała swego jedynego syna, stojącego w kuchni w spodniach od piżamy i leczącego kaca. Dawne czasy... Ale sok spod ogórków uwielbiam do dziś (oczywiście z tych kiszonych domowo – sklepowych nie polecam!).

Zaś kiedy już odzyskamy siły na tyle aby wstać z łóżka, należy obrać około pół kilograma ziemniaków i ugotować je w posolonej wodzie (w około litrze), z liściem laurowym i zielem angielskim. Ziemniaki muszą być miękkie, a nawet częściowo się rozpadać (to one zagęszczą naszą zupę). Smak zupy wydatnie podniesie dodanie do niej kilku suszonych grzybów, wraz z wodą, w której się moczyły. Całość zalewamy butelką żurku (najlepszy jest żurek śląski, robiony na mące razowej) i gotujemy jeszcze chwilkę. Osobno wytapiamy surowy, wędzony boczek lub słoninę, a na uzyskanym tłuszczu szklimy cebulę, po czym razem ze skwarkami, wykładamy na talerz i zalewamy zupą. W ten sposób uzyskujemy tradycyjną zalewajkę. Ma ona właściwości leczące. Leczyłem się nią wielokrotni, choć zupa jest pyszna i powinni jej spróbować również niepijący.

Najlepiej jednak nie przesadzać z piciem, bo jak mawiają niektórzy alkohol to łzy szatana. Mimo to życzę udanego i wesołego karnawału.
Prześlij do znajomego Wersja do druku

Komentarze

Zgłoś 08.01.2010

Oczywiście, że witamina C - czyli... parę plasterków cytryny (wiem, że mordą kręci) :)

A potem klasyczny wiejski żurek :)

Ładny kotek, niczym mój poprzedni. Mój obecny mruczek najb... Pokaż więcej

Oczywiście, że witamina C - czyli... parę plasterków cytryny (wiem, że mordą kręci) :)

A potem klasyczny wiejski żurek :)

Ładny kotek, niczym mój poprzedni. Mój obecny mruczek najbardziej przypomina... dalmatyńczyka (biały + kilka małych czarnych plam).