Przepisy kulinarne Gotujemy z o2.pl

Kulinarna pedofilia

30.05.2012

Kulinarna pedofilia Sypią się nam ostatnio przeróżne dni, a to Dzień matki, a to Dzień dziecka, a już niedługo Dzień ojca. Uspokoję was – o ulubionych daniach ojców nie będę pisywał, ponieważ przeważnie są one dość proste (seta i galareta, „lorneta z meduzą”, „śledź i coś do śledzia”, a ze słodyczy to najchętniej kiełbasa i boczek). Przed nami za to dzień dziecka, czas w którym hołubi się milusińskich (jak mówią o dzieciach). Tak czy inaczej prasa radio, telewizja, Internet, a i większość rodziców będzie tego dnia przychylać dzieciom nieba – również kulinarnie. Jak więc to jest z tymi dziecięcymi smakami?

Przeciery owocowe (jabłko, jabłko z bananem, jabłko z brzoskwinią, jabłko z gruszką), owocowo - warzywne (jabłko z marchewką lub dynią) czy mięsno - warzywne (z królującym wśród nich przecierem indyczo - warzywnym) są dla niektórych z nas smakiem dzieciństwa, do którego się tęskni. Czasem tęskni się czynnie, podjadając przeciery własnemu dziecku pod pozorem próbowania – sam byłem świadkiem takich działań.

Ale prawdziwe smaki dzieciństwa to takie, które bywały naszą obsesją. Często zdarza się, że smak, który jest jednoznacznie pozytywnie kojarzony z dzieciństwem, wiąże się z jakimś przeżyciem i po latach nie podnieca już naszej wyobraźni, jak nie przymierzając rozpuszczalna oranżada w pamiętnym Blaszanym bębenku Guntera Grassa, czy choćby wielokrotnie już przywoływany przeze mnie bigos z Pana Tadeusza. Po prostu niektóre smaki wywołują skojarzenia z kluczowymi momentami naszego dojrzewania, czy choćby nagłymi zmianami kulinarnymi. Przykładowo dla wielu mieszczuchów spędzających wakacje na wsi kluczowym odniesieniem są rustykalne klasyki: młode ziemniaki z koperkiem i zsiadłym mlekiem, samodzielnie pieczony chleb najlepiej z prawdziwym wiejskim masłem, kompoty z sezonowych owoców, czy choćby sałatka z pomidorów kupowanych u sąsiada z porządną, czyli tłustą i świeżą śmietaną oraz cebulą prosto z grządki. Tak wiem, w wielu przypadkach takie potrawy nie są już dostępne nawet na wsiach i stanowią rodzaj kulinarnej prehistorii. Cóż pokolenie trzydziestolatków może, a nawet powinno je pamiętać – ja w każdym razie nigdy ich nie zapomnę.

To jednak już przeszłość. Na szczęście odchodzi do niej również wiele kulinarnych potworków takich jak wytwory komunizmu: baton czekoladopodobny, woda w woreczkach, czy ukochana za moich czasów pomidorowa z ryżem. Oczywiście nic nie mam do zupy pomidorowej (choć do dodawania do niej gotowanego ryżu już sporo), ale pamiętam jej przedszkolną wersję, którą zajadali się koleżanki i koledzy. Wzbudzająca obrzydzenie, kwaśna, a pozbawiona zapachu pomidorów, zabielona cienką śmietaną breja z rozpuszczonym w niej ryżem. Paskudztwo o konsystencji gęstego kleiku. Mniejsza o pomidorową, dzisiaj jest ona zastępowana przez inne ukochane przez dzieci „delikatesy”. Z punktu widzenia oryginalnej kuchni - równie paskudne.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że dla większości współczesnych dzieci ideałem kulinarnym jest fast food – im bardziej sztuczny, paskudny, nieświeży i przesolony – tym lepiej. A najlepszym, z punktu widzenia dziecka, rozwiązaniem jest pojawienie się w fast foodzie wiadomych sieci, w towarzystwie kolegów i koleżanek z przedszkola lub podstawówki, wzajemne przerykiwanie się i obrzucanie frytkami. Może zresztą i dobrze? Im mniej Polaków będzie zajadało się takimi pysznościami, tym większy zysk dla kultury kuchni, żołądków i wątrób. Każda frytka z fast foodu lądująca na podłodze zamiast w żołądku jest frytką właściwie potraktowaną (oczywiście nie piszę tu o porządnych, własnoręcznie krojonych i prawidłowo usmażonych na świeżym tłuszczu – oleju lub fryturze – frytkach w stylu belgijskim, a jedynie o powszechnie stosowanej skrobi formowanej). Tak czy inaczej – całe pokolenia są wychowywane w przekonaniu, że fast food to restauracja, zestaw to posiłek, a ukochanym smakiem dzieciństwa jest przypalony olej, przesolone ziemniaki czy przemysłowe ilości glutaminianu sodu.

Adam Gessler, człowiek któremu zawdzięczam nieco inne spojrzenie na tatara i ostateczne przekonanie mnie do klarowanego masła, toczył i toczy kampanię przeciw glutaminianowi sodu – chwała mu za to! Nigdy jednak dość powtarzania – glutaminianowi sodu mówimy stanowcze nie! To zabójca jakiejkolwiek oryginalności w potrawach. Teoretycznie ma uwydatniać smak produktów w potrawie, podczas gdy w rzeczywistości spłaszcza ją, a w zestawieniu z tendencjami do przesalania, często czyni najsmaczniejsze potrawy niejadalnymi. Spróbujmy urozmaicić wrażenia smakowe naszych dzieci, zanim okaże się, że wychowano całe pokolenia osób nieczułych na jakąkolwiek subtelność w kuchni. Owszem Jamie Olivier czy inni telewizyjni kucharze podejmują próby kulinarnego edukowania dzieci, ale bez współpracy (czy raczej pracy u podstaw) ze strony rodziców i pracowników stołówek szkolnych nie ma co liczyć na poprawę. Tym bardziej, że Olivier działa w Wielkiej Brytanii, a my ze swoim „glutaminianowym” problemem borykamy się u nas w Polsce.

Cóż tak to bywa, że dzieci uwielbiają intensywne smaki, szczególnie słony i słodki. Stąd popularność wszelkich frytek, chipsów, ketchupów, przesolonych hamburgerów i parówek z jednej strony, a kolorowych chemicznych galaretek, lodów, wat cukrowych, straszliwych niszczących zęby (dobrze jeśli tylko zęby mleczne) napojów i tym podobnych słodkości.

Dzieci są z natury ufne i bezpretensjonalne, będą zajadać się tym, co najbardziej im smakuje w ilościach często przekraczających prawdziwe zapotrzebowanie organizmu. To właśnie ścieżka fast foodów i koncernów produkujących różne spożywcze paskudztwa – uzależnić od tego, co niezdrowe, a jednocześnie zepsuć dzieciakowi gust kulinarny, niejednokrotnie na całe życie. Nie zawaham się nazwać takich odrażających działań kulinarną pedofilią. Rodzice i kulinarni pedagodzy powinni walczyć z tymi chemicznymi perwersjami, dostarczając dzieciom jedzenie smaczne, zdrowe, zaspokajające ich potrzeby, a jednocześnie rozwijające smaki. Potem będzie za późno i na rozwój fizyczny, i na rozwijanie smaku.

Na zakończenie warto wspomnieć o smakach z dzieciństwa, które powracają pod postacią dręczącej zmory – każdy ma swoje, dla mnie była to botwinka, śledzie i koperek. O ile śledzie stały się jedną z mych ulubionych przekąsek (cóż jako dziecko nie piłem, a przynajmniej pijałem rzadziej), a młode ziemniaki bez koperku są… no po prostu ziemniakami bez koperku. Czyli niczym fajnym. Do botwinki nie przekonałem się do dzisiaj, taka karma jak mawiają postępowi katolicy. Jednak dla większości znanych mi dzieci (i byłych dzieci też) największą traumą spożywczą dzieciństwa jest szpinak.

Przez dziesięciolecia faszerowano dzieci szpinakiem w przekonaniu o gigantycznych ilościach żelaza, które zawiera. Dziś wiemy, że to przekonanie wynikało z pomyłki naukowców, choć szpinak jest źródłem żelaza, to jednak nie tak obfitym jak się pierwotnie wydawało. Mimo to warto go jeść, a że dzieci często „jedzą oczami”, trzeba zadbać nie tylko o jego aromat (oliwa i czosnek, ewentualnie klarowane masło i gałka muszkatołowa), ale i o wygląd. Przede wszystkim stosować szpinak w liściach, zamiast zmielonej brei i zadbać o jakiś element kolorystyczny, choćby kleksik smakowitej śmietany czy wesoło żółcące się posiekane jajeczko.

Dbajmy o dzieci dla swego własnego dobra (o ile nie potrafimy inaczej), by dzieciństwo kojarzyło im się z radością, a nie niedoprawionym szpinakiem.
Prześlij do znajomego Wersja do druku

Komentarze

Zgłoś 30.05.2012 dziadek

cyt: "Dbajmy o dzieci dla swego własnego dobra (o ile nie potrafimy inaczej)"

Jaro, czy mógłbyś doprecyzować co mieści się w pojęciu twojego własnego dobra?

Zgłoś 03.06.2012 m

A ja właśnie uważam, że tytuł artykułu, choć mocny, to jednak adekwatny. Przyzwyczajanie dzieci do jedzenia fast foodów to zbrodnia. Dla ich smaku i zdrowia przede wszystkim. Nawyki z dzieciństw... Pokaż więcej

A ja właśnie uważam, że tytuł artykułu, choć mocny, to jednak adekwatny. Przyzwyczajanie dzieci do jedzenia fast foodów to zbrodnia. Dla ich smaku i zdrowia przede wszystkim. Nawyki z dzieciństwa przenoszą się na młodość i dorosłe życie. Mam ponad dwadzieścia lat i widać to doskonale: bardzo rzadko zdarza się, aby w fast foodowych sieciówkach jadały osoby, których w dzieciństwie nie prowadzali tam rodzice. Moi nigdy na to nie pozwalali i do dziś nie umiem zaakceptować smaku takiego śmieciowego jedzenia, a na sam zapach wywraca mi się żołądek.