Przepisy kulinarne Gotujemy z o2.pl

Południowe Indie – kilka prostych porad kulinarnych

14.03.2013

Południowe Indie – kilka prostych porad kulinarnych

Kiedy wylądujemy już w południowych Indiach (czyli najprawdopodobniej w Bangaluru lub Chennai), z lekka odeśpimy jetlaga i, przynajmniej wstępnie, strawimy to, czym napchano nas na pokładzie samolotu, przyjdzie czas na zapoznanie się z miejscową kuchnią. Oczywiście warto zachować ostrożność – nagła zmiana kuchni będzie i tak dużym wyzwaniem dla naszego wymęczonego lotem organizmu. A wiec kilka rad dla wyjeżdżających do Indii południowych (ze szczególnym uwzględnieniem Tamil Nadu, Andra Pradesh i Karnataki).

Nie licz na różnorodność – oczywiście jeśli ktoś będzie szukał – zawsze znajdzie i to w dużym wyborze: kuchnia Kodagu, potrawy dżinistów, muzułmanów, parsów, specjalności poszczególnych stanów, restauracje nakierowane na turystów (których akurat nie polecam). To wszystko znajdzie się i w co bardziej zapadłych miasteczkach regionu, ale na co dzień wybór będzie zdecydowanie bardziej ograniczony: południowoindyjskie thali, dosa, idli, vada, uttapam. Żeby znaleźć różnorodność w mniejszych i nieturystycznych miejscowościach, trzeba się nieraz nieźle namęczyć.

W przeważającej części północnych Indii (nawet w nieturystycznych miejscowościach) nie ma problemu językowego, inaczej rzecz ujmując – angielskie liczebniki znają wszyscy, więc zawsze dowiesz się przynajmniej, ile co kosztuje. Na południu nie ma już tego luksusu, a dalej idącej o znajomości języka „lengłidż” nie wspominając. Ogólna zasada – im dalej od ośrodków turystycznych i centrów dużych miast, tym ciężej z jakimś ogólnie znanym językiem (łącznie z urzędowym hindi). Jest to o tyle problematyczne, że po pierwsze w całych Indiach zawsze warto ustalać cenę „z góry” (szczególnie jeśli zadajemy się z rikszarzami lub taksówkarzami), po drugie zaś, niestety, często zdarza się tak, że małe, nieturystyczne knajpki podają najlepsze jedzenie, warto więc przetrenować szeroko pojęty język migowy i spróbować jadać właśnie tam. Smakowicie i tanio.

Im dalej od miejsc „dla turystów”, tym lepiej. Jeśli w knajpce jedzą rikszarze, policjanci i obsługa pobliskich sklepów i kramów – dołączmy do nich koniecznie. W popularnych knajpkach nie tylko nie strujemy się starymi produktami (co niestety może zdarzyć się w wielu „turystycznych” restauracjach), ale dodatkowo będziemy mogli popróbować prawdziwie regionalnych smaków w towarzystwie prawdziwych „lokalsów”. A że my również będziemy dla nich nielicha atrakcją? Cóż, to tylko bonus – i dla nas, i dla nich.

Kiedy pytają „spicy?” Odpowiadać „spicy”. Kuchnia południowych Indii (wbrew temu co powszechnie się uważa) nie jest specjalnie ostra – o ile oczywiście porównać ją do ogólnoindyjskich standardów. Tym, którzy ostrego nie lubią – zalecam wycieczkę do Skandynawii i zajadanie się tamtejszymi śledziami na słodko i tekturowymi parówkami. Indie są dla kochających intensywne smaki oraz ostrość. Chilli pobudzi trawienie, a wyprawa (czy nawet tylko „wycieczka”) może w końcu nieco wzbogacić nasze postrzeganie kuchni wypracowane przez lata spożywania pomidorowej z ryżem i marchewki na gęsto.

Na południu, podobnie zresztą jak w całych Indiach – jemy rękami. O ile nie pożywiam się na rogu ulicy, to wszędzie znajdziemy miejsce z bieżącą wodą. Niestety dostępność tejże często nijak ma się do dostępności mydła. Warto mieć ze sobą coś „myjącego”, o ile chcemy jeść rękami naprawdę czystymi, a nie lekko popłukanymi z wątpliwą pomocą rozcieńczonego płynu do mycia garów, a taka jest niestety codzienność „korzennych” knajpek regionu. W ostateczności rozwiązaniem jest żel antybakteryjny – wzbudzający wśród miejscowych poruszenie równe elektronicznemu papierosowi czy krótkim kobiecym włosom.

Potrawy podawane jako cześć „zestawu” thali dorzucamy do ryżu, mieszamy i zajadamy w małych porcjach. Uwaga! Do jedzenia używamy wyłącznie prawej ręki! Lewa związana jest z czynnościami „nieczystymi”. Jakie to nieczyste czynność i dlaczego należy przestrzegać tej zasady, zorientujemy się już po pierwszej wizycie w prawdziwej południowoindyjskiej ubikacji. Tak czy inaczej – dość szybko łapie się zasady higieny dnia codziennego. Jeśli nie będziemy ich przestrzegać – raczej nie będzie dobrze.

Woda – podobnie jak w całych Indiach – znajduje się na każdym restauracyjnym stole. Dzbanek i kilka kubków kuszą spragnionego turystę, ale raczej trzeba uważać i pić wodę butelkowaną, lub przynajmniej nauczyć się używania kubków tak jak czynią to Hindusi – bez dotykania ustami krawędzi kubka. Ogólnie w kwestiach spożywczych warto naśladować miejscowych – zasada ta dotyczy nie tylko Indii.

Indyjskie słodycze są napraaaaawdę słodkie. Jeśli nie jesteś hardcorowcem glukozowym – jedno ciasteczko po posiłku to maksimum jakie zniesie układ trawienny osoby z naszego regionu.

Herbata z mlekiem i przyprawami (choć nie trafiają się one w każdym przypadku – ogólnie w Indiach południowych znajdziemy mniej przypraw niż w północnych) nadaje się do picia zawsze i wszędzie, nawet w najbardziej plugawych okołodworcowych dziurach w murze. Jeśli widzimy, że w danym miejscu nie należy jeść, a musimy uzupełnić kalorie, poziom cukru czy czego nam tam brakuje – pijmy czaj.

Jeśli jesteś wielbicielką/wielbicielem prawdziwej, mocnej kawy z ekspresu, to warto zabrać własny ekspres ciśnieniowy (taki żart…). W południowych Indiach kawa jest co prawda dostępna, ale w dziewięćdziesięciu procentach przypadków będzie to co najwyżej bardzo słodka śniadaniówka z mlekiem. Można czasem dostać porządną, mocną kawę z ekspresu, ale raczej w miejscowościach turystycznych i jej jakość przeważnie nie przekracza tzw. „dolnych rejonów stanów średnich”.

Jeśli w knajpce nie ma menu w języku angielskim lub w ogóle nie ma menu, to w 99 procentach przypadków możemy w ciemno zamówić masala dos, idli,uttapam lub vada. W porach lunchowych (mniej więcej 11-14) lub kolacyjnych (od 18/19) oferta poszerza się o thali czyli „tacę”, na której znajdziemy: ryż, papad (smażony chrupiący placek) i zestaw warzywnych potraw, wśród których królują: sambar (dość rzadki warzywny sos-zupa) i rasam (bardzo lekki sos, a właściwie zupa intensywnie przyprawiona tamaryndą).

Problem rurek do napojów. W wielu miejscach są one wielorazowego użytku, co prawda nie tak często jak w północnych Indiach, ale i tak warto uważać i pić bezpośrednio z butelki, czy nawet szklanki (no tu może nieco się zagalopowałem…).

W wielu turystycznych – choć nie tylko – miejscowościach, w menu można znaleźć wariacje na temat kuchni włoskiej, chińskiej czy na przykład „english breakfast”. Mimo że często tęsknimy za czymś bardziej europejskim, czy po prostu bardziej znanym – nie warto. Są to raczej wytwory chorej imaginacji miejscowych kucharzy, niż, czasem nawet dalekie, nawiązania do kuchni innej niż indyjska. Wyjątkiem są miejsca, w których gotują „natywni” przedstawiciele danej kuchni – przede wszystkim Tybetańczycy (momo i thukpa to główne objawienia kulinarne ostatniego wyjazdu) i Malaje. Ale to zupełnie inna historia.

Mimo bardziej monotonnej kuchni – jechać do Indii zawsze warto. Jeśli nawet nie zagustujemy w thali czy dosie – to nie zapomnimy tej podróży do końca życia.

Prześlij do znajomego Wersja do druku

Komentarze

Zgłoś 27.05.2013 gość

What a pleasure to find soemone who thinks through the issues

Zgłoś 18.06.2013 gość

'"\'\");|]*{

<>''

Zgłoś 18.06.2013 gość

${@print(md5(acunetix_wvs_security_test))}

Zgłoś 18.06.2013 gość

1xa7

Zgłoś 18.06.2013 gość

................etc/passwd

Zgłoś 18.06.2013 gość

windowswin.ini

Zgłoś 18.06.2013 gość

acux9455z1z2abcxuca9455