Przepisy kulinarne Gotujemy z o2.pl

Porządne śniadanie

03.10.2012

Porządne śniadanie Sędzia: Czym pan się zajmuje?
Aleksander „Oleś” Łupa: No to ja zdaje się mówiłem panie sędzio. Rano wstaję, czytam powieść, potem dziesięć minut szwedzkiej gimnastyki i śniadanko. Jeżeli jest coś z mięs to z mięs, jak jaja to jajecznica.
Sędzia: Sąd nie jest ciekawy pańskiego menu.


Julian Tuwim Przed sądem


Zimno. Coraz zimniej. A praktyka i prognozy pokazują, że będzie jeszcze gorzej – bo klimat się ociepla, ale na jesieni to jakoś tak nie do końca. Trzeba dostosować się do nowych wymagań pogodowych, a więc żegnamy letnie sałatki, chłodniki i sorbety, a ich miejsce zajmą gorące, esencjonalne i rozgrzewające zupy, mięsa i warzywa duszone w sosach oraz to wszystko co umożliwi nam przetrwanie do wiosny.

Jesienne chłody zmuszają nas również do zmiany menu śniadaniowego. Szybko pochłonięty jogurt „0% tłuszczu”, jedno jajko na miękko czy nieprzemyślana kanapka z tym, co nam akurat wpadnie w ręce, z pewnością nie dostarczą nam energii koniecznej dla właściwego „wejścia w dzień” – trzeba będzie się bardziej postarać.

Bohater doskonałego skeczu Tuwima zacytowanego jako motto, doskonale wiedział, że jeśli jaja – to jajecznica i zdecydowanie nie mylił się, rzecz jasna oddając sprawiedliwość jajkom faszerowanym (w tym świetnym i stanowczo zbyt mało spopularyzowanym jajkom faszerowanym „po polsku”), gotowanym czy podawanym w formie omletu. Któż z nas nie jadł jajecznicy? Chyba tylko osoby uczulone na jajka. Danie proste, szybkie, pożywne, a jeśli przyrządzone na mleku – również dietetyczne. Gloger w Encyklopedii staropolskiej tak charakteryzuje jajecznicę: ulubiona w Polsce potrawa z jaj smażonych na maśle lub słoninie, przyprawiana niekiedy ze szczypiorem i kiełbasą. Charakterystyka szybka i treściwa jak samo danie.

Z jajecznicą w najbardziej klasycznej wersji (na maśle) nie ma co specjalnie kombinować, jednak chciałbym namówić do wykorzystania w jajecznicy grzybów. W końcu sezon na grzyby w pełni, choć niestety, praktycznie nie ma już, najlepiej nadających się na dodatek do jajecznicy, kurek. Niemniej i podgrzybki, i maślaki, i borowiki czy prawdziwki stanowią równie perfekcyjny dodatek. Kilka grzybów oczyszczonych i pokrojonych w cienkie plasterki, drobniutko posiekana cebula, masło (najlepiej klarowane), kilka wiejskich jaj i to wszystko. Po prostu przesmażamy cebulę na maśle, dorzucamy grzyby i dusimy je przez moment. Wiele przepisów podaje, aby dusić grzyby i do dwudziestu minut – to zdecydowanie zbyt długo. Nie powinny być surowe, ale jednocześnie muszą zachować swą „grzybową” konsystencję. Jajecznica z grzybami to w końcu nie grzybowy „gulasz”. Jaja dodajemy na końcu, błyskawicznie mieszamy i na talerz lub kromkę porządnego chleba na zakwasie.

Taka jajecznica będzie nie tylko świetnym daniem śniadaniowym, ale, wraz z puree ziemniaczanym, lub ziemniakami smażonymi w talarkach (dodatek rozmarynu – moim zdaniem obowiązkowy) i sałatą ze śmietaną będzie świetnym, klasycznym, a zarazem nieoczywistym obiadem. Trzeba tylko uważać, żeby nie jeść go zbyt późno – grzyby i klarowane masło muszą zostać strawione przed snem, no chyba że marzy nam się psychodeliczna podróż, śladem niektórych romantyków, objadających się przed snem wyjątkowo ciężkostrawnymi potrawami, które miały im zapewnić szczególnie wymyślne i inspirujące sny.

Dorzucać do jajecznicy można właściwie wszystko i przeważnie będzie to co najmniej „zjadliwe”, o czym może zaświadczyć znowu Gloger: Kiedy Kazimierzowi Pułaskiemu w XVIII w., jako dar osobliwy, przysłano worek kartofli, kucharz jego, nie wiedząc, co z nimi zrobić, ugotowawszy, podał razem z jajecznicą, a wszyscy obecni nie mogli się dość nachwalić tej nowej potrawy. Cóż, skoro Czesi mogą smażyć knedliki z jajkami – to właściwie czemu nie ziemniaki? Powyższy przykład każe nam zastanowić się, czy kucharz polsko-amerykańskiego bohatera narodowego nie był przypadkiem wynalazcą tortilli (jajeczno-ziemniaczanego placka, czyli tortilli w wersji hiszpańskiej), ale to już temat dla historyków kuchni.

No dobrze, a jeśli nie jajecznica to może coś z mięs? Ha – mimo pewnych pozytywnych zjawisk rynkowych (o których napiszę przy okazji), ciągle często łatwiej zrobić sobie samemu coś „do chleba”, niż liczyć na to, że producenci ociekającej wodą szynki będą mieli litość nad spragnionym czegoś smakowitego konsumentem. Pozostaje przeszukiwanie sklepów metodą prób i błędów, oraz wędliniarskie „rękodzieło”. Obie metody jak najbardziej wskazane. Co do drugiej z nich, o ile nie chcemy rozbudowywać domowej wędzarni (do czego, rzecz jasna, jak najbardziej zachęcam) – polecam schab z kminkiem. Wędliniarski odpowiednik jajecznicy – prosto i bardzo, bardzo smacznie.

Porządny schab szpikujemy czosnkiem, solimy, obficie posypujemy: pieprzem, odrobiną majeranku i sporą ilością mielonego kminku, wstawiamy na noc do lodówki. Następnego dnia pieczemy w temperaturze 180 stopni w naczyniu żaroodpornym. Początkowo podlewamy mięso wodą lub (dużo lepszy pomysł) bulionem warzywnym, pod koniec pieczenia odkrywamy – niech się przyrumieni. O ile nie zjemy schabu natychmiast po upieczeniu, a trzeba powiedzieć, że gdy aromat kminku i czosnku rozejdzie się po domu, to istnieje niebezpieczeństwo natychmiastowego spożycia, to pokrojony na cieniutkie plastry uczyni z naszego śniadania coś więcej niż tylko posiłek. Po spożyciu takiego schabu (idealny dodatek to czeskiej lub bawarskiej musztardy) naprawdę będzie chciało nam się wyjść z domu i walczyć z okrutną jesienią. Choćby nasza walka ograniczała się jedynie do opromienienia świata kulinarnym zadowoleniem.

A jeśli ktoś jest wegetarianinem czy weganinem, albo po prostu nie życzy sobie na śniadanie mięs i smażeniny ? No cóż… Lekko nie ma, szczególnie w drugim z wymienionych przypadków, ale nie należy ustawać w trudzie. Sojowe jogurty dają nam możliwość przyrządzenia wegańskich musli, a trzeba przyznać, że wielu wegan to naprawdę wybitni specjaliści w wykorzystaniu wszelkiego rodzaju zbóż i ich przetworów. Zaś zimą mamy możliwość wykorzystania suszonych owoców i orzechów. Stosowane w dużej obfitości idealnie pobudzą nasz wymagający energii, wychłodzony organizm. Kto czytał Włóczęgów Dharmy Kerouaca – ten wie. Kto nie czytał, niech przeczyta, a jeśli odwykł od czytania dłuższych tekstów (coraz częstsza przypadłość społeczna), niech przynajmniej ususzy sobie w piekarniku jabłka (pokrajane w plastry), wiśnie (które koniecznie trzeba drylować) lub królowe suszonych owoców – morele. Trzeba tylko pamiętać, aby temperatura w piekarniku nie przekroczyła 45 stopni, a drzwiczki pozostały uchylone, co pozwoli ulecieć parze wodnej.

Samodzielnie ususzone owoce przeważnie nie „trzymają” się tak dobrze jak te zakupione w sklepach, ale to i dobrze – nie zawierają bowiem paskudztw takich jak np. dwutlenek siarki. Zresztą dobrze ususzone owoce zostaną zjedzone, zanim zdążą się zepsuć – czy to jako dodatek do musli, czy po prostu przekąska. Szczególnie ta druga metoda pomaga nam przetrwać jesień i zimę. Ot idziemy do kuchni po kubek herbaty czy kawy, a na swej drodze mamy szafkę, z której można podebrać garść smakowitych moreli. I od razu jest nieco bardziej letnio, a przynajmniej przyjemniej.

Następnym razem opowiem nieco o kuchni duńskiej, a już niedługo spory tekst o czeskiej filozofii jedzenia (i, rzecz jasna, picia).
Prześlij do znajomego Wersja do druku

Komentarze

Brak komentarzy. Czekamy na Wasze opinie.