Przepisy kulinarne Gotujemy z o2.pl

Przegląd konserw

30.09.2011

Przegląd konserw - Może macie cienką blachę?
- Myślałem o tym. Gdybyśmy mieli cienką blachę, to byśmy robili konserwy. Ale nie mamy mięsa.


(Duży sęk Kabaret Dudek)

Konserwa nie kojarzy się najlepiej. Jakoś tak wojskowo, harcersko (ale raczej biwak w podmokłym terenie niż piękne druhny), wyjazdowo i robociarsko. Ogólnie wszędzie tam, gdzie trudno przechowywać żywność, znajdą się i konserwy. W czasach PRL-u były kluczowym symbolem i to co ciekawsze rozumianym wieloznacznie. Jeśli w konserwie znajdowały się skumbrie w tomacie, lub miano do czynienia z konserwą o wszystko mówiącej nazwie Turystyczna, to była symbolem biedy, a raczej komunistycznej szarości. Kiedy Stachura w Siekierezadzie pokazuje życie drwali, to właśnie konserwy są jednym z głównych produktów, którymi się posilają (poza oczywiście - wódka czystą, samogonem, piwem i co tam jeszcze pijają drwale). Prawdziwi twardziele.

Zupełnie inaczej było, kiedy w konserwie znajdowały się delikatesy coraz rzadziej dostępne w związku z „przejściowymi problemami”, które trawią wszelakie państwa socjalistyczne. Taka na przykład szynka konserwowa, w charakterystycznej owalnej puszce, z napisem Polish ham… Eksportowy delikates, a jednocześnie smak czystego mięsa, jedynie delikatnie potraktowanego konserwującą i dosmaczająca solą. Smak nieporównywalny do większości współczesnych szynek, a już z pewnością nie mający nic wspólnego z ociekającym chemiczną solanką „batonem” mięsnym sprzedawanym nam obecnie właśnie jako szynka konserwowa.

O paprykarzu szczecińskim i jego postępującym upadku pisałem już przy okazji pomidorów, ale przegląd kultowych konserw byłby niepełny, gdybym nie wspomniał o skumbriach w tomacie:
Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie!
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Chcieliście Polski, no to ją macie!
(skumbrie w tomacie pstrąg)


Skumbria czyli makrela (choć do puszek trafiały również płocie jak i podobna do płoci ryba o uroczej nazwie wzdręga), najczęściej zatopiona w aromatycznym sosie pomidorowym. Dla całych pokoleń była synonimem taniego i marnego posiłku. Nie miała w sobie uroku, który posiadała na przykład Konserwa Turystyczna, co prawda produkowana do dziś ale mająca z dawną wersją tyle wspólnego co współczesne parówki z hipermarketów z serdelkami opisywanymi na kartach Przygód dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej.

Konserwa Turystyczna była dla wielu swoista kulinarną inicjacją. Wyjazd pod żagle, na pieszą wyprawę lub górską wycieczkę w czasach, kiedy liofilizaty były legendą bardziej niedostępną niż szynka bez kartek, nie mógł obejść się bez tego delikatesu. Puszka konserwy bywała zarówno samodzielnym posiłkiem, jak i mięsnym „wkładem” do różnorodnych „jednogarnkowców”. Przykład Bogusława Lindy, który swą przygodę z kuchnią zaczynał właśnie od puszek Turystycznej, by rozmiłować się w gotowaniu i w końcu wydać własną książkę kucharską. Cóż, jak to mawiali Rzymianie: wszelkie początki są skromne, a kariera pana Bogusława pokazuje, że niejednokrotnie skromne bywają i końcówki. Osobiście uważam, że postępujący upadek pana Bogusława to zemsta niebios za jego występ w reklamie hamburgerów wiadomego producenta, ale to już zupełnie inna historia.

Konserwa Turystyczna to nasza rodzima odpowiedź na anglosaski „spam”. Istnieje jednak konserwa, której powstanie wiązało się nie tylko z kooperacją międzynarodową, ale wręcz międzykontynentalną. Zdarzyło się bowiem w historii kulinariów, że Amerykanie postanowili stworzyć konserwę w guście prawdziwie wschodnim. Tak zaczęła się wiekopomna historia tuszonki.

Podczas drugiej wojny światowej w ramach tzw. lend lease do Związku Radzieckiego trafiły olbrzymie ilości sprzętu, broni i żywności. Właśnie wtedy (zapewne przy udziale legendarnych „amerykańskich naukowców”) powstał przysmak będący do dziś elementem rosyjskiej tradycji kulinarnej – konserwowa tuszonka wieprzowa będąca, jak się wydaje, poprzedniczką gulaszu angielskiego. Kawałki wieprzowiny, przyprawione liściem laurowym i pieprzem, zatopione w tłuszczu. Niby nic, ale smaczne, wysokokaloryczne i doskonale pasujące do gustów radzieckiego żołnierza walczącego za Stalina i Ojczyznę. Ideowo nastawiony radziecki żołnierz podczas jedzenia imperialistycznej tuszonki musiał przeżywać nie lada katusze, gdyż ohydni Amerykanie umieścili na puszce napisy we wrażym języku angielskim. Jedynie nazwa potrawy – Swinnaja Tuszonka - pisana była cyrylicą (a raczej jej zwulgaryzowaną wersją znaną jako grażdanka).

W Rosji do dziś Swinnaja Tuszonka jest synonimem konserwy mięsnej, a pochód bohaterskiej Armii Czerwonej i powstanie „krajów demokracji ludowej” czerpiących wszelakie wzorce z umiłowanego ZSRR spopularyzowały ją w całej Europie Środkowo – Wschodniej.

Andrzej Stasiuk w swej autobiografii Jak zostałem pisarzem wspomina, że konserwy mięsne były elementem wojskowych „żelaznych porcji”. Oczywiście żołnierze jak to żołnierze zjeść lubili, ale jeszcze bardziej lubili wypić, więc sprzedawali swe żelazne porcje okolicznym chłopom. Zapotrzebowanie na mięso w latach osiemdziesiątych zdecydowanie przekraczało możliwości produkcyjne „socjalistycznej ojczyzny”, bo popyt był olbrzymi. W związku z tym cwani żołnierze zaczęli sprzedawać konserwowy chleb dostarczany im w takich samych puszkach jak mięso. Gdy nabywcy zorientowali się, że zostali zrobieni w balona, o mało nie spalili jednostki wojskowej. Trudno się zresztą dziwić ich zdenerwowaniu.

Warto wspomnieć, że amerykanie traktowali radzieckie konserwy ze śmiertelną powagą. Zachował się obszerny raport CIA zawierający dokładną analizę problemu konserw w „ojczyźnie światowego socjalizmu”. Wiele można dowiedzieć się z tego dokumentu zarówno na temat radzieckich problemów żywnościowych, jak i „gospodarki socjalistycznej”. Można się z niego na przykład dowiedzieć, że produkcją konserw zajmowały się aż trzy ministerstwa (osobno: mięsne, rybne i owocowo warzywne). Choćby z tego powodu było wiadomym, że radziecka odmiana komunizmu musi upaść. Bo czy może trwać ustrój, w którym konserwa jest problemem, którym zajmuje się ministerstwo? Zostawmy jednak tłustą tuszonkę i „przejściowe problemy” zawsze trapiące socjalizm. Czas przejść do najbardziej luksusowej puszki świata – puszki kawioru.

O kawiorze pisałem już co nieco przy okazji kuchni rosyjskiej, tu warto jednak podkreślić, jak istotnym elementem jest dla niego puszka. Po pierwsze w puszki pakuje się najszlachetniejsze odmiany kawioru (mniej szlachetny jest kawior beczkowy), po drugie zaś wysokiej klasy kawior nie przykleja się do wieczka puszki. Niebieskie puszeczki ze stylizowanym rysunkiem ryby były jednym z kluczowych towarów eksportowych Rosji, bez względu na panujący tam ustrój, i trudno się dziwić, w końcu wraz z szampanem jest synonimem luksusu, bez którego nie obejdzie się żaden porządny milioner czy po prostu dekadent.

Gdybyście zaś mieli przypadkiem puszeczkę dobrego kawioru, to przypominam, że „pod wódkę” jest równie dobry jak w klasycznym połączeniu z szampanem. Doskonale smakuje też z wytrawnymi winami. Ech te fantastyczne puszeczki, może to i nie Turystyczna ale zjeść się da. Gdyby zaś ktoś był smakoszem tak wielkim, że czułby do puszkowanego jedzenia odrazę nieprzemożoną, a przypadkiem dysponował puszeczką Bieługi, to proszę przysłać do Czarnej Oliwki. Na pewno ktoś się zainteresuje, a już z pewnością ja.
Prześlij do znajomego Wersja do druku

Komentarze

Zgłoś 04.10.2011 xyz

Będąc w wojsku raz dostaliśmy na śniadanie boczek konserwowy. Jedna puszka była dla 2 osób. Do obecnej chwili pamiętam smak tego boczusia i więcej razy nie jadłem tak dobrej smacznej konserwy. D... Pokaż więcej

Będąc w wojsku raz dostaliśmy na śniadanie boczek konserwowy. Jedna puszka była dla 2 osób. Do obecnej chwili pamiętam smak tego boczusia i więcej razy nie jadłem tak dobrej smacznej konserwy. Dość często na śniadanie dostawaliśmy tez tuszonkę do tego był ogórek kiszony - palce lizać a teraz w konserwie sama chemia.

Zgłoś 01.10.2011 Amarena

Ciekawe ile teraz jest mięsa w takiej puszce konserwy, domyślam się, że niewiele stąd te wszystkie dodatki smakowe i zapachowe. Ohyda!

Zgłoś 01.10.2011 Edmund z Raciboża

Ja tam zawsze pozostane wiernym idolem Paprykarza Szczecińskiego

Zgłoś 01.10.2011 basilicum

Wielkie dzięki za b. ciekawy tekst. Wyrosłam w PRL-u, pamiętam te smaki! Jako dziecię z rodziny robotniczej nie znałam tylko kawioru...

Za to do dziś pamiętam smak konserwy wojskowej /ojci... Pokaż więcej

Wielkie dzięki za b. ciekawy tekst. Wyrosłam w PRL-u, pamiętam te smaki! Jako dziecię z rodziny robotniczej nie znałam tylko kawioru...

Za to do dziś pamiętam smak konserwy wojskowej /ojciec koleżanki był oficerem / - pychota! Polish ham była prawdziwym luksusem za bony w Pewexie, rarytasem były też niektóre /jugosłowiańskie, o ile pamiętam/ konserwy rybne, takie w puszeczce z kluczykiem i dodatkowo w folii. A konserwa turystyczna lub - jeszcze lepsza - śniadaniowa! Eeech...

Dziś konserwy jadam jedynie raz w roku, podczas dłuższego wyjazdu w plener, kupowane w Lidlu - czasem trafiają się "zjadliwe", ale w skład podany na etykiecie na wszelki wypadek się nie zagłębiam...

Zgłoś 01.10.2011 MWP

Zjadłbym chętnie konserwę z czasów PRL-u, pyszne były, teraz nie rozumię po co do konserwy dodaje się środki konserwujące, przecież to konserwa jest środkiem konserwującym, a dodanie zapachów i ... Pokaż więcej

Zjadłbym chętnie konserwę z czasów PRL-u, pyszne były, teraz nie rozumię po co do konserwy dodaje się środki konserwujące, przecież to konserwa jest środkiem konserwującym, a dodanie zapachów i aromatów identycznych z naturalnymi to już przegięcie.

Zgłoś 05.10.2011 maria

pamietam zapach konserwy turystycznej, cos wspanialego, i smak ale kiedy to bylo wieki cale, pozniej zaczeto troche kombinowac w skladzie i juz smak nie zawsze byl super i konsystencja troche in... Pokaż więcej

pamietam zapach konserwy turystycznej, cos wspanialego, i smak ale kiedy to bylo wieki cale, pozniej zaczeto troche kombinowac w skladzie i juz smak nie zawsze byl super i konsystencja troche inna

Zgłoś 12.09.2013 edek

Od 10 lat żywię się tylko bułkami z konserwami. Wąże wprawdzie 120 kg i mam miżdżyce, ale odłożyłem na nową Pandę;)