Przepisy kulinarne Gotujemy z o2.pl

Wałówka w podróży

14.07.2011

Wałówka w podróży - Zrobiłam ci kanapki na drogę.
- Ugotuj mi też jajko. Będę szpanował w przedziale.


(Kabaret Potem)

Czasy wielozadaniowej wałówki (że użyję tego niesłusznie zapomnianego określenia) bezpowrotnie minęły wraz z zupami z wkładką i fascynującym sposobem zapisywania nazw dań w kartach stołówek zakładowych i barów mlecznych (kot-miel, gul – woł, sur. z kisz. kap.). Oczywiście minęły w ujęciu masowym. Do dziś przecież znajdą się osoby, które bez kanapek na drogę nie wyjdą z domu. Dla niektórych współpasażerów jest to prawdziwe przekleństwo, szczególnie kiedy kanapki przełożone są naczosnkowaną i intensywnie pachnącą kiełbasą. Mnie to akurat nie przeszkadza, ale wielokrotnie widziałem scenę, jakże charakterystyczną dla PKP: jeden pasażer wyciąga kanapki owinięte w papier, no właśnie, śniadaniowy, rozwija je by wgryźć się w smakowitą (daj Boże!) zawartość, a pozostali podróżni doznają węchowego szaleństwa. I to wcale nie dlatego, że tak bardzo pragnęliby skosztować śniadania współpasażera. Kanapki to jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej.

W czasach wyjazdów kolonijnych inwencja rodziców dochodziła do szaleństwa. W najbardziej radykalnych przypadkach dziecię opuszczające mamusię było wyposażane w sporych rozmiarów termos, w który zapakowano gorącego kurczaka lub furę kotletów. Wiem, o czym mówię. Sam byłem dzieckiem z termosem, i w tych czasach nie było w tym nic oryginalnego. A dodatkowo: kanapeczki, jajeczka, pomidorek, solniczka (w końcu trzeba było z czymś zjeść tego pomidorka i jajeczko), butelka lub termos z herbatą, ewentualnie napojem Ptyś (trzeba w końcu czymś popić) i co tam jeszcze rodzicom do głowy przyszło. Fakt, że w sklepach można było znaleźć głównie ocet, jest jakimś wytłumaczeniem, ale z perspektywy dziecka taszczącego termos – z pewnością niewystarczającym.

Oczywiście jeśli kogoś nie stać na przepłacanie za zakupione gotowce, a podróż ma być długa i męcząca, to warto zaopatrzyć się w wałówkę (również ze względów smakowo – zdrowotnych, ale o tym dalej). Jeśli ktoś naprawdę się postara, to można zrobić w przedziale pełny obiad. Widziałem w Indiach rodzinkę, która wiozła ze sobą nie tylko ryż, ale i roti, dwa dania gorące w termosach (wegetariańska odmiana biryani i specyficzne paw bhaji), ale i zestaw ciasteczek na deser, napojów i lassi. Zostałem poczęstowany i było to naprawę świetne jedzenie osładzające długotrwałą podróż, a odległości bywają tam naprawdę potężne. Inna sprawa, że poczęstunek wynikał zapewne z chęci „spacyfikowania” mnie i narzeczonej. Po prostu po przyjęciu jedzenia nie wypadało mi pieklić się na pięcioro dzieci, które postanowiły dokładnie obejrzeć sobie europejskiego turystę (zaglądając mu za zasłonkę i przeglądając jego rzeczy), a dodatkowo powrzeszczeć mu nad uchem. Ale trudno, zostałem kupiony i nie wypadało mi się denerwować. Tym bardziej, że jedzenie było smaczne, rodzina bardzo sympatyczna, a dzieci w sumie urocze.

Wróćmy jednak na najbardziej interesujące nas podwórko krajowe. Dziś, jeśli ktoś nie chce, nie musi zabierać jedzenia na drogę – soki w kartonikach, kanapki w folii, butelkowane wody i napoje – pozwalają nam na odciążenie się w podróży. Dodatkowo pozostaje mała gastronomia skupiona obok dworców kolejowych, a czasem i na peronach. I tu zaczyna się prawdziwy kłopot. Podróżny przemieszczający się na długich dystansach (chodzi o kolej i transport autobusowy) staje przed iście hamletowską alternatywą: robić kanapki (z doświadczenia wiem, że często brakuje na to czasu, w końcu przeważnie wyjeżdża się będąc w sporym „niedoczasie”), jechać na głodniaka lub podjąć prawdziwe ryzyko – zjeść coś na dworcu.

Jakiś czas temu w atmosferze afery pojawiły się informacje o magazynach nieświeżego mięsa zaopatrujących kebaby w przejściach podziemnych obok warszawskiego dworca. Byłem niezwykle zaskoczony oburzeniem konsumentów przesłuchiwanych w telewizyjnych programach informacyjnych. Nie rozumiem skąd to oburzenie? Na warszawskim Dworcu Centralnym pachnie tak, że wcale bym się nie zdziwił, gdyby mięso podawane w tamtejszych kebabach pochodziło ze szczurów, a smażono je na smalcu z psa. Przepraszam za obrzydliwe porównanie, ale jeśli ktokolwiek czuł zapach warszawskiego dworca, to powinien być gotowym na najgorsze i jak pokazał przypadek kebabów – bardzo słusznie.

Legendarny Wars (Za ścianą Wars wita was – Wały Jagiellońskie) nie powoduje tak dalece idącego obrzydzenia. Po prostu jedzenie w nim podawane jest drogie i paskudne, ale z tego co słyszałem – dość świeże, mimo to absolutnie nie zachęcam, no chyba że ktoś pada z nóg i „kiełbasa z rusztu” lub jakieś bardzo chore zapiekane kanapki typu panini są właśnie tym, co umożliwi mu zakończenie podróży bez omdlenia z głodu. Mimo że nigdy nie zachęcałem do foliowanych produktów, autorytatywnie stwierdzę – już lepiej kupić sobie wafelka lub batonika, nawet jeśli, jak praktycznie zawsze w okresie wakacyjnym, otrzymamy rozpuszczoną czekoladową breję. Wypaprzemy się, ale nie będzie niesmaku. Przynajmniej bardzo dużego.

Osobną sprawą są lotniska. Co prawda nigdy nie leciałem z Warszawy, ale katowickie Pyrzowice to miejsce, gdzie karmią człowieka tak, jakby chciano mu powiedzieć: wiemy że nie masz innego wyjścia, poniżymy cię naszymi zimnymi kanapkami, ohydnym panini i hot dogami, których zresztą nie zjesz, bo akurat wyszły. Jeśli zaś komuś mało i postanowi zalać swą rozpacz piwem (jak mi się ostatnio wydarzyło), to istnieje gigantyczne prawdopodobieństwo, że piwo będzie ciepłe. A fakt, że obsługa zachowa się jak skrzyżowanie księżniczek z arcybiskupami, to już rzecz właściwie pewna. Nieco lepiej jest na krakowskich Balicach, ale i tam stale czegoś brakuje, obsługa akurat ma coś innego do roboty, a wrażenia dopełnia szaroburość właściwa dworcom lotniczym.

Nie jestem zwolennikiem stałego gadania: bo w Polsce to jest fatalnie, a na świecie to ho ho. Kocham swój kraj i jego wspaniałą (bez najmniejszej ironii) kuchnię, ale kiedy porówna się obsługę gastronomiczną podróżnego na nawet najmniejszym zachodnioeuropejskim lotnisku, to można nabawić się prawdziwych kompleksów. Dość powiedzieć, że na wiedeńskim lotnisku swą filię ma legendarny Sacher (jakoś wszystko może być świeże) i zjadłem tam jeden z najsympatyczniejszych posiłków typu „bufet”. Co tam jednak mówić o Wiedniu? Na indyjskim peronie kolejowym można zjeść smaczniej i zdrowiej niż katowickim dworcu lotniczym i wcale nie chodzi o zachwyt kulturą kulinarną tego kraju (która zresztą ciągle we mnie siedzi), ale o logikę – jeśli nie ma możliwości schłodzenia czekolady, ani podgrzania curry to po prostu się ich nie podaje. Dobrze by było, gdyby ta logika nie była obca dworcowym sprzedawcom starych „zapieksów”, „donerów” czy hot dogów. Cóż – pomarzyć zawsze miło.

Oczywiście pozostaje pytanie: dlaczego tak się dzieje? Na dworcach kolejowych sprzedawanie paskudztw za większe pieniądze to właściwie tradycja, a lotniska? Mam wrażenie, że o powodach, dla których władzę nad kulinarnym poniżaniem podróżnych dzierżą ci a nie inni właściciele barków i kawiarenek, mogliby się wypowiedzieć osobnicy odpowiedzialni za przetargi dla lotniskowej małej gastronomii. To oczywiście nie jest żadne oskarżenie. W końcu wiadomo, że co jak co, ale przetargi są w naszym kochanym kraju przeprowadzane uczciwie, profesjonalnie i z wielką dbałością o wygodę i jakość życia obywateli. O czym świadczy nie tylko lotniskowa gastronomia, ale i wysokiej klasy, szybko powstające i bezawaryjne autostrady.
Prześlij do znajomego Wersja do druku

Komentarze

Zgłoś 20.08.2011 papaya1

A ja zawsze na drogę biorę małe co nie co do picia i jedzenia. Jeśli chodzi o napoje, to jest to niezastąpiona woda niegazowana. Na przekąskę zazwyczaj jest to coś lekkiego, np kanapki z chrupki... Pokaż więcej

A ja zawsze na drogę biorę małe co nie co do picia i jedzenia. Jeśli chodzi o napoje, to jest to niezastąpiona woda niegazowana. Na przekąskę zazwyczaj jest to coś lekkiego, np kanapki z chrupkiego pieczywa (najlepiej sprawdza się graham Obst - smaczny i nie kruszy się) i do tego jakiś owocek :)

Zgłoś 17.07.2011 evvk

będąc dzieckiem nie doceniałam wałówek... Jednak teraz jak ktoś mi coś zrobi do jedzenia i jeszcze zapakuje to biorę bez zastanowienia... Niestety babcią, mamą i teściową też już się nie chce...... Pokaż więcej

będąc dzieckiem nie doceniałam wałówek... Jednak teraz jak ktoś mi coś zrobi do jedzenia i jeszcze zapakuje to biorę bez zastanowienia... Niestety babcią, mamą i teściową też już się nie chce...