Przepisy kulinarne Gotujemy z o2.pl

Wielkanocne Wielkie Żarcie

10.04.2009

Wielkanocne Wielkie Żarcie Już za chwilę usiądziemy przy suto zastawionym śniadaniowym stole. Osoby na dietach szybko o nich zapomną, reszta zupełnie bezkarnie odda się świątecznemu obżarstwu. Głównym miejscem w domu stanie się jadalnia. Gdzieś w tym wszystkim umyka wymiar religijny Wielkanocy. Staje się ona kolejnym powodem do spotkań rodzinnych, których nigdy za mało, ale także przyczynia się do pozbawionego wyrzutów pochłaniania ogromnych ilości jedzenia.

Tradycyjne menu odchodzi, wyparte przez świąteczne. Potrawy pojawiające się od kilku pokoleń, znowu wracają na stół, bo przecież święta w rodzinnym domu, to głównie smaki. Mazurek babci Krysi i babka dziadka Wieśka, żurek wujka Zdziśka to święta właśnie. Śniadanie, które najczęściej bywa skromne, osiągnie wielkość konkretnego obiadu, z kilkoma dokładkami. Kiełbasy, szynki z kością, boczek i golonki, potem bigos, żurek, babka i mazurek. I dalej od początku, z przerwą na kawę. Szkoda odchodzić od stołu, szczególnie, jak już pojawią się napoje rozweselające. Na przykład przysłowiowa lorneta z meduzą, czyli dwie pięćdziesiątki wódki z galaretką. Śniadanie wielkanocne, w tym zakresie, wygrywa z Wigilią. Wszystko można.

Gdy byłam dzieckiem, największą radość sprawiało mi stukanie się jajkami z rodziną. Dziadek dawał wygrywać, siostra walczyła dzielnie. Najgorsze oczywiście było późniejsze zjadanie tych jajek, na które niekoniecznie miałyśmy ochotę. Trudno w tym czasie było zrozumieć, dlaczego śniadanie zaczyna się od zjedzenia kilku małych kawałków wysuszonej święconki. Po co zjadać takie cząstki, skoro na stole tyle dobroci? Teraz chyba niewiele osób zna symbolikę święconego i rolę siedmiu rodzajów pokarmu. W każdym, dzisiaj już bardzo skromnym koszyczku, powinien się znaleźć chleb (dobrobyt i pomyślność), sól (moc oczyszczająca), jajko (odradzające się życie i zwycięstwo nad śmiercią), chrzan (krzepa i siła fizyczna), nabiał (więź człowieka z naturą), ciasto (rozwój i umiejętności) i wędlina (płodność i dostatek). Kiedyś święcono całe stoły, bo szlacheckie śniadania nie zmieściłyby się w kościele. Księża jeździli zatem po dworach święcąc półmiski z mięsiwami, pieczone prosięta, zające i dzikie ptactwo, ogromne baby wielkanocne i baryłki wina. Tak, od wieków nie żałowano sobie w Wielkanoc.

Moje zainteresowanie smakowe w święta krążyło zawsze wokół sałatki jarzynowej, zwanej polską, włoską, jak też majonezową. Pozostało mi to do dzisiaj. Chyba nie poczułabym świątecznej atmosfery bez wielkiej miski z sałatką. Słodycze nie wywołują u mnie tyle emocji, co warzywa z majonezem, a jak jest to jeszcze domowy majonez, to jestem doprawdy szczęśliwa. Jajami w majonezie z groszkiem też nie pogardzę, choć obecnie to raczej rzadkość, nawet na wiejskich weselach. Dlaczego? Nie wiem. To proste, ale jakże sympatyczne danie. I na śniadanie na pewno lepsze od golonki i pęta białej kiełbasy. Bynajmniej nie mam na myśli walorów smakowych, bo to rzecz względna, ale oczywiście lekkość i strawność, ewentualnie niestrawność, która jest dolegliwością często występującą w świątecznym czasie. Wielkanocne śniadanie kojarzy mi się z prostotą w kuchni. Czas wiosenny, na który przypada to święto, przywraca do jadłospisu potrawy lekkie i zielone składniki. Może warto, żeby na stole pojawiła się sałata? A zamiast bigosu młoda kapusta „na krótko”? Już jest w sklepach, widziałam ją dwa tygodnie temu. Może lepiej nastawić się na jakość, a nie ilość? Jeśli jaja to wiejskie, kiełbasa najlepiej domowa, a szynka wędzona u znajomego na działce. Nie zachęcam oczywiście do prób masarniczych. Czasami warto bazować na znajomych i rodzinie. W czasie świątecznym wzrasta serdeczność, która opada zaraz po świętach. Korzystajmy z niej zatem, póki czas. Zabrzmiało to jak propaganda antysupermarketowa. I dobrze, ja zawsze namawiam do zakupów w małych sklepikach osiedlowych. Ciągle mam wrażenie, że kiedyś wszystko inaczej smakowało. Jabłko miało głębszy smak, a chleb nie kruszył się i mógł leżeć tydzień, nie tracąc nic ze swoich właściwości. Może dopadł mnie syndrom „kiedyś to było lepiej”, a może smaki wyniesione z domu idealizuje się przez całe życie?

Zasiadając do stołu w niedzielny poranek, pamiętajcie, że to śniadanie, przypominam też nieśmiało o jednym z grzechów głównych, gdyby ktoś zapomniał, to piątym. A może zamiast czterech gatunków ciasta spróbujemy upiec domowy chleb?
Prześlij do znajomego Wersja do druku

Komentarze

Zgłoś 15.04.2009 toxyczna

u mnie kilka takich właśnie sympatycznych sklepików osiedlowych akurat splajtowało. Zostały takie małe "delikatesiki" z alkoholem i niewielkim asortymentem oprócz tego. Właśnie tym skl... Pokaż więcej

u mnie kilka takich właśnie sympatycznych sklepików osiedlowych akurat splajtowało. Zostały takie małe "delikatesiki" z alkoholem i niewielkim asortymentem oprócz tego. Właśnie tym sklepikom chciało się poszukać np. chleba orkiszowego, dobrej kapusty kiszonej na bieząco, chrupiących ogóreczków i innych dobrych rzeczy nie mówiąc o taniej garmażerce czyli pierogach i sałatkach - ratunku dla osób które pracują na okrągło. A jeszcze właścicielka potrafiła wpaść i zapytać, czy wnusio, który akurat był u mnie na wakacjach, życzy sobie lody z malinami czy z czarnymi jagodami, a czy danonki albo kubusie to chciałby takie lub inne. No i zamawiała. Oj jak ja za Panią tęksnię, Pani Aniu

Babcia Helena