Przepisy kulinarne Gotujemy z o2.pl

Masala czaj – smak Indii

24.08.2012

Masala czaj – smak Indii Dopóki Ciebie, Ciebie nam pić
Póty jak w niebie, jak w niebie nam żyć
Herbatko, Herbatko, Herbatko.

Herbatka - Kabaret starszych panów

Przez zdecydowaną większość życia herbata nie kojarzyła mi się najlepiej. W dzieciństwie – paskudztwo ze szkolnego lub kolonijnego gara, ewentualnie domowa cienka herbatka z esencją stojącą po całych dniach w małym czajniczku z nieodłącznym wiszącym z dziubka sitkiem. Potem, z czasem, poznałem smak herbaty z torebek, a pomysł, aby cokolwiek pakować do małego woreczka ze zszywaczem i sznurkiem, w ogóle nie jest dobry, ale cóż w czasach licealnych i studenckich piło się i to. Potem stwierdziłem – basta, nie będę tego pijał i nawet wizyty w herbaciarniach, w których (według moich, podobno lepiej zorientowanych w temacie, koleżanek) miano podawać naprawdę smaczne napary, nie tylko że mnie nie zachwyciły, ale kazały mi się tym mocniej zastanawiać nad tym, co ludzie tak naprawdę widzą w tej brudnej wodzie?

Owszem, z czasem asortyment herbaciany poszerzał się coraz bardziej. Doszła cała gama smaków. Herbaty: zielona, czerwona i biała, smakowe, odchudzające, z małą zawartością teiny, z podwyższoną zawartością teiny, różne (przedstawiane jako alternatywy dla herbaty) yerba mate i roibosy. Po prostu natłok, który był dla mnie esencją formy, pozbawionej jakiejkolwiek interesującej treści. Już tylko od czasu do czasu, przekonywany przez znajomych, próbowałem tego i owego, za każdym razem pukając się w głowę z myślą: jak ci ludzie mogą toto pić a jeszcze się zachwycać?

Może na mą niechęć do herbaty miało wpływ uwielbienie dla intensywnych smaków? Może po prostu w pewnym wieku zagustowałem w bardziej wyskokowych napojach, mniejsza. Zapewne nigdy bym nie wrócił do tematu herbaty (no może poza sytuacją, w której – tfu, tfu odpukać, nie daj Boże – trafił do więzienia), gdyby na różne sposoby nie zmusiła mnie do tego rzeczywistość, a konkretnie wyjazdy.

Pierwszego po latach „intensywnego” picia herbaty zażyłem w knajpkach podlondyńskiego Luton, gdzie bawiłem z wizytą u szwagra. Akurat musiałem ograniczyć napoje wyskokowe (na czym wizyta u szwagra dużo straciła), a dodatkowo chciałem spróbować angielskich potraw, więc cóż mi pozostało? Piłem, co mi dali – herbata z mlekiem, herbata parzona w czajniczkach z nieco większych torebek (takich jak w większości krakowskich kawiarni) i ogólna nędza. O Georgu Orwellu! Autorze tekstu Filiżanka dobrej herbaty, dobrze, że tego nie dożyłeś – zapewne, jak to się kolokwialnie mówi, „strzeliłbyś samobója” lub po prostu zwariował z rozpaczy. Może gdzieś tam w knajpach niedostępnych kieszeni zwykłego turysty podaje się jeszcze dobrą, a co równie ważne, mocną (co Orwell podkreślał ze szczególnym naciskiem) angielską herbatę , ale jeśli takich miejsc trzeba poszukiwać, to znaczy, że z kulturą powszechnego picia herbaty nie ma to nic wspólnego.

Ale tak to już bywa, że to co umarło w metropolii, cały czas żyje w koloniach, oczywiście dziś raczej już byłych koloniach, a szczególnie w Indiach. Gdy jako licealista marzyłem o wyjeździe do tego kraju, czytałem przewodnik, w którym opisywano indyjską masala czaj jako niesamowite paskudztwo. No bo kto to słyszał? Herbata gotowana razem z mlekiem i przyprawami? W jednym garnku? Bez podawania jej na specjalnej zastawie, bez durnego dzbanuszka na mleko? Właśnie bez tego wszystkiego, za to intensywnie, aromatycznie, z wykopem i bez względu na okoliczności. Masala czaj pija się zarówno podczas zimnych nocy na radżastańskiej pustyni (nie dajcie się namówić na „camel safari”!), potwornie gorących dni w centrum Bombaju, jak i w wilgoci i upale Goa.

W ogóle nie wiem, na czym to polega. Po prostu to co gorące dużo lepiej gasi pragnienie niż to co zimne. Niby wbrew logice ale zdecydowanie działa. Oczywiście pamiętam, jak dawno temu wściekałem się będąc pojonym latem ciepłą herbatą i mlekiem, ale z perspektywy czasu trzeba powiedzieć – babcia miała rację. Podobnie mają rację na przykład Arabowie noszący na pustyni wełniane ubrania – niby wełna jest ciepła, ale z drugiej strony odpowiednio utkana pozostaje przez cały czas przewiewna i raczej chroni przed upałem niż grzeje.

Masala czaj nie jest napojem „oczywistym”. Nie każdy (czy prawie każdy) polubi go od pierwszego łyku. Trochę tak jak z yerba mate. Wojciech Cejrowski w Gringo wśród dzikich plemion wspomina, jak po pierwszym kontakcie z mate stwierdził, że smakuje jak wywar z petów. Kiedy zaś powiedział, że będzie w Ameryce Południowej przez dłuższy czas, jego rozmówca nie przekonywał go do uroków mate, ale po prostu stwierdził: Ty już jesteś mateista. Po prostu są miejsca, gdzie nie można przetrwać nie pijąc niektórych napojów i nie jedząc niektórych produktów. Bo i owszem – można sobie wyobrazić pobyt w Polsce bez jedzenia ziemniaków, ale czy przy prawdziwie intensywnym korzystaniu z rozkoszy naszej kuchni to może się udać? Raczej nie. I podobnie jest z masala czaj w Indiach. Bez tego po prostu się nie da. Nawet w najmniejszej knajpce, w dziurze w murze sprzedającej tylko ryż i dhal, po prostu wszędzie spotkamy napój o kolorze kawy z mlekiem i smaku korzennej masali. Nawet w pozbawionym wagonu restauracyjnego pociągu pojawi się sprzedawca z dużym termosem i będzie (za grosze – w przeliczeniu z rupii na nasze) sprzedawał maleńkie plastikowe kubeczki wypełnione tym specjałem.

A że podstawą masala czaj jest, jak sama nazwa wskazuje, masala, to dotyczą jej te same zasady, które odnoszą się do całej, stojącej właśnie masalą, kuchni indyjskiej. Otóż, każda osoba przyrządzająca masalę ma własny przepis, a większość proporcji wiąże się z moim ulubionym sposobem mierzenia czyli „na oko”. Dodatkowo, w większości przypadków można jeszcze spróbować potrawy, a jeśli nie to trudno – aptekarska dokładność zabija dla mnie przyjemność gotowania.

Tak też jest z masalą herbacianą. Każda gospodyni i każdy sprzedawca czaju ma swoją recepturę, ale główne składniki pozostają właściwie te same. Herbata powinna być herbatą indyjską. Polecam porządne i niedrogie herbaty odmiany assam, pochodzącej ze stanu o tej samej nazwie. Początkowo herbata assam rosła dziko i dopiero w XIX wieku miała być rozpoznana jako herbata. Obecnie często sprzedawana pod nazwą herbaty śniadaniowej. Mocna, mało wyrafinowana w smaku, ale intensywna i nieodparcie pociągająca – idealna jako serce czaju.

Do tego mleko – im tłustsze tym lepiej. Masala czaj to zdecydowanie nie jest potrawa dla odchudzających się, chociaż już rozsądni dbający o linię (to zupełnie inna kategoria), mogą po prostu zastąpić indyjską herbatą jakiś deser. Zapewniam, że własnoręcznie przygotowany masala czaj będzie z pewnością smaczniejszy i zdecydowanie bardziej interesujący niż przemysłowe lody z bitą śmietaną w sprayu. Chociaż jeśli miałbym wybierać pomiędzy czajem a porządnym plackiem owocowym z kruszonką, to chyba jednak pozostałbym kulinarnym patriotą. Na szczęście istnieją inne metody dbania o linię, więc takie potworne, można by rzec „hamletowskie”, wybory nie są moim udziałem. Można zjeść placek i popić czajem. Jak globalizacja to globalizacja.

Kiedy mamy już liściastą indyjską herbatę i tłuste mleko – czas na masalę. Przede wszystkim mielony kardamon, choć oczywiście można dodać kilka zgniecionych ziaren. Jeśli ktoś nie próbował kardamonu – warto na początek uważać z ilością tej niezwykle aromatycznej przyprawy. Do tego kilka lekko rozgniecionych kawałków cynamonu – co prawda można również dodawać cynamon w proszku, ale kora będzie zdecydowanie bardziej „sexy”, a poza tym nie zagęści nam herbaty. Koniecznie kilka goździków, nie żałować i nie bać się ich smaku. W ogóle w przypadku czaju nie należy bać się intensywnych smaków i eksperymentowania w tej kwestii. Jeśli przesadzimy z którąś z przypraw – żaden problem – można dodać pozostałych, aż do uzyskania satysfakcjonującego nas balansu, a potem dolać jeszcze nieco mleka i dosypać herbaty. Bo masala czaj powstaje bardzo prosto – mleko i woda (w proporcjach jeden do jeden), do tego herbata (na litr płynu – 3 - 4 łyżeczki), wybrane przez nas przyprawy i cukier – dużo cukru. Masala czaj to nie herbata z mlekiem i przyprawami, nie da się jej skutecznie dosłodzić po podaniu. Dodajemy przyprawy i zagotowujemy, potem zmniejszamy ogień i podgrzewamy do czasu, aż wywar stanie się aromatyczny i brązowawy. Potem przelać przez sitko, zasiąść z herbatą i czekać na teinowo – glukozową bombę, która eksploduje w naszej głowie. Po prostu warto.

Do tematu herbaty wrócę w najbliższym czasie – będzie o herbacie w wydaniu tureckim, nieco o chinach i przepis na herbaciane lody, a ponadto kilka słów o kulturze herbaty w Rosji i co należy zrobić, aby zaparzyć prawdziwie angielską filiżankę dobrej herbaty.
Prześlij do znajomego Wersja do druku

Komentarze

Zgłoś 24.08.2012 kasia

Herbatka? jak najbardziej ale tylko zielona lub czerwona. A dobra herbatka również świetnie pomaga w odchudzaniu. Ale sama herbata nie pomoże, wiem ze swojego doświadczenia. Mnie sie udało, zac... Pokaż więcej

Herbatka? jak najbardziej ale tylko zielona lub czerwona. A dobra herbatka również świetnie pomaga w odchudzaniu. Ale sama herbata nie pomoże, wiem ze swojego doświadczenia. Mnie sie udało, zaczęłam inaczej się odżywiać, do tego poleciła mi znajoma świetną herbatę, a miałam jeszcze kilka kg. do przodu, których się pozbyłam, wyglądam lepiej, młodziej. Nie udałoby mi się bez świetnego programu o którym możecie poczytać na (www.idealnafigura.com/gberes)

Zgłoś 24.08.2012 Ferbinka

najlepsza z kardamonem i imbirem;)

Zgłoś 04.12.2012 gość

Co do przypadkf3w i pozronie błahych decyzji typu, gdzie zjeść obiad . Zgadzam się z Tobą Beata, że nie ma przypadkf3w Poniżej wklejam tekst, ktf3ry wczoraj znalazłam..:Lessons from 9/11, the... Pokaż więcej

Co do przypadkf3w i pozronie błahych decyzji typu, gdzie zjeść obiad . Zgadzam się z Tobą Beata, że nie ma przypadkf3w Poniżej wklejam tekst, ktf3ry wczoraj znalazłam..:Lessons from 9/11, the annoying little things:•As you might know, the head of a maj