Przepisy kulinarne Gotujemy z o2.pl

W domu czy na mieście?

15.03.2010

W domu czy na mieście? Jestem zwolennikiem gotowania w domu. Mimo że spędzenie kilku godzin przy garach może odebrać człowiekowi apetyt, to przecież, cytując Jamiego Olivieragotuje się z miłości. A więc dla kogoś. Po prostu zamieniamy przyjemność jedzenia na przyjemność patrzenia, jak z apetytem je bliska nam osoba. Ale czasem do restauracji pójść po prostu trzeba.

Wyjścia z najmilszą rodziną (choćby po to, aby pokazać dzieciom, jak wygląda kelner), kolacje z ukochanymi osobami (czasem po to, by się oświadczyć przy stole – bardzo popularne i jeśli restauracja jest godna tej podniosłej chwili – godne polecenia), nagłe wizyty znajomych czy po prostu chęć zjedzenia czegoś dobrego na mieście – to doskonałe powody. Ale moim ulubionym powodem jest potrzeba zjedzenia czegoś naprawdę wyjątkowego. Czegoś czego nie da się przygotować w domu.

Technika kuchenna i dopieszczający nas producenci gadżetów idą do przodu, ale jakby nie poszli do przodu – nie będziemy mieli w domu opalanego węglem pieca do pizzy. Z bólem serca muszę przyznać rację snobom, którzy twierdzą, że tylko porządny piec da porządną pizzę (oczywiście można ją schrzanić na innych etapach produkcji). Gdy pierwszy raz zjadłem prawdziwą pizzę z porządnego pieca (w jednej z najpopularniejszych krakowskich trattorii), zrozumiałem, dlaczego Włochom wystarczy kawałek ciasta posmarowanego wonnym, ziołowym sosem pomidorowym. Smak pizzy związany jest przede wszystkim z ciastem. A że najlepsze jest cienkie ciasto, to o jego smaku decydują zarówno „dymne” aromaty jak i perfekcyjne przypieczenie – cienka pizza ląduje w piecu dosłownie na kilkadziesiąt sekund, ale że temperatura pieczenia jest zaiste piekielna, to wychodzi dobrze dopieczona, leciutko wilgotna w środku (choć na cienkim cieście tego środka nie ma zbyt wiele) i bez wyschłych produktów i gumowatego sera na wierzchu. Bo taka jest niestety codzienność polskich pizzerii. Tu zresztą kryje się niebezpieczeństwo – jeśli spróbują państwo prawdziwej pizzy, to nie będzie już powrotu do produktów "pizzopodobnych" dostarczanych na telefon, w tekturze. Ja w każdym razie skończyłem już z tymi perwersjami, pizzę jem kilka razy do roku (choć żywiłem się nią przez lata studiów), ale staram się, aby była godna tej nazwy.

Inne danie, które powinno być próbowane „na mieście”, jest obśmiewane w polskich komediach o gangsterach, ludziach kultury i nowobogackich biznesmenach. Danie to jest idealne dla snobów – mało, orientalnie, surowo i drogo. Perfekcyjnie. Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że dla dużej części naszego „biznesu” są to ciągle wyznaczniki elegancji, to nic dziwnego, że knajpy z sushi są coraz częstszym widokiem. A i zwykły śmiertelnik lubi sobie czasem rzucić: A wiesz, byłem wczoraj z Beatą na niezłym sushi. Snobizmu w kuchni nie znoszę, więc nic dziwnego, że dałem się zaciągnąć do sushi baru dopiero ostatnio, a będąc za granicą, omijałem takie miejsca szerokim łukiem. Cóż mam poza wszystkim sądzić o kuchni, która radzi spożywanie na śniadanie ryżu rozbełtanego z żółtkiem? Na pewno nic dobrego. Ale w końcu dałem się przekonać.

W sushi trzeba się zakochać. Ja osobiście się nie zakochałem, ale prostota i surowość tego dania robi wrażenie. Oczywiście przez prostotę rozumiem raczej zestaw produktów (wystarczy ryż z właściwie dowolnym dodatkiem), niż prostotę wykonania. Japoński specjalista rozpoczyna swą karierę mistrza sushi od gotowania ryżu i ta nauka trwa dobrych parę lat. Dzieje się tak dlatego, że sushi to tak naprawdę ryż. Z niepojętych powodów wszyscy domorośli „specjaliści” kojarzą tę potrawę z surową rybą, co jest mniej więcej tak mądre jak twierdzenie, że istotą golonki jest zasmażana kapusta. Sushi jako potrawa była w czasach szogunatu metodą konserwowania już ugotowanego ryżu przy pomocy octu. Samuraje byli bowiem, wbrew przekonaniu, które można by uzyskać dzięki filmowi Shogun, raczej biedakami, a ich życie było w pełni uzależnione od ilości ryżu dostarczanego im przez feudała daimyo. Ważność danego feudała związana była z siłą jego wasali, a ich ilości z kolei – od dóbr, które od niego otrzymywali. Nic dziwnego, że poza pieniędzmi ważnym wskaźnikiem bogactwa była ilość ryżu (określana miarą koku). A że nie każdy samuraj był posażnym wasalem, a wprost przeciwnie – kimono, miecz i kodeks honorowy były jego jedynymi dobrami – przestaje dziwić, że żywili się resztkami „z pańskiego stołu” konserwowanymi octem, czyli właśnie sushi.

Dodatki oczywiście były mile widziane i teraz i wtedy, ale ryż zawsze jest podstawą, a ugotowanie go w odpowiedniej (dobrze klejącej się formie) stanowi do dziś sztukę. Zdobycie zaś wszystkich koniecznych dodatków (ocet, specjalny ryż, chrzan wasabi, sos sojowy najlepiej oryginalny japoński, jeśli sushi zawijane w wodorosty to również specjalna mata do zawijania), że nie wspomnę o dodatkach smakowych (ryby, owoce morza, warzywa), może okazać się w efekcie dużo droższe niż wycieczka do sushi baru czy restauracji. Ale proszę uważać! Czytać dokładnie recenzje kulinarne z dużych gazet i to raczej tych recenzentów, do których mamy zaufanie. By nie stracić czasu, pieniędzy, a przede wszystkim zaufanie do kuchni orientalnej.

Trzecim typem restauracji, które warto odwiedzać, są te preferujące kuchnię klasyczną. Nie chodzi mi tu o klasyczne pierogi, schabowego z kapustą czy równie klasycznie śmierdzące gulasze (przepraszam za lanie jadu, ale mam coraz gorsze zdanie o, by użyć starego komunistycznego określenia, żywieniu zbiorowym). Classique quisine – czyli nawiązująca do dawnej kuchni arystokracji i najbogatszej burżuazji kuchnia francuska. Sam za kuchnią francuską w wersji współczesnej nie przepadam (drogo, mało, a i ze smakiem jest różnie), choć kuchnia francuskich regionów to rzecz wspaniała i kontynent kulinarny, który czeka dopiero na odkrywanie, ale poczuć się jak zdegenerowany arystokrata wtranżalający przepiórki i wykwintne desery? Jak najbardziej. Problem w tym, że kuchnia klasyczna jest wypierana przez kuchnię nową, więc znalezienie odpowiedniego miejsca do wydania pieniędzy może nie być łatwe, szczególnie w Polsce. A dodatkowo – nawet gdybyśmy skusili się na wydanie naprawdę poważnych sum (a kuchnia klasyczna związana jest z wykwintnymi mięsami i dodatkami, a przede wszystkim z ich pracochłonnym przygotowaniem), to technika jest tak skomplikowana, że nie można ręczyć za ewentualny skutek. W kuchni klasycznej diabeł tkwi w szczegółach i tajemnicach kucharza.
Prześlij do znajomego Wersja do druku

Komentarze

Zgłoś 08.04.2010 teridu

Przyznaję rację autorowi! prawdziwa pizza to właśnie kawałek cienkiego placka posmarowany sosem pomidorowym i (niekoniecznie) posypany mozzarellą, upieczony w piecu na drewno.W takiej pizzy ro... Pokaż więcej

Przyznaję rację autorowi! prawdziwa pizza to właśnie kawałek cienkiego placka posmarowany sosem pomidorowym i (niekoniecznie) posypany mozzarellą, upieczony w piecu na drewno.W takiej pizzy rozsmakowałam się mieszkając we Włoszech.Na południu Włoch taką typową margeritę posypują odrobiną parmezanu i paroma listkami świeżej bazylii.

Zgłoś 16.03.2010 Raz Putin

Śpieszę z informacją, gdzie w Wielkim Mieście można

zeżreć pizzę z pieca opalanego właśnie drewnem,

testowałem, jak dla mnie bomba.

Lokalik nazywa się Non Solo i mieści się na ... Pokaż więcej

Śpieszę z informacją, gdzie w Wielkim Mieście można

zeżreć pizzę z pieca opalanego właśnie drewnem,

testowałem, jak dla mnie bomba.

Lokalik nazywa się Non Solo i mieści się na Ochocie.

Spróbujcie, pycha, rodzina się będzie zajadać !!!

Zgłoś 16.03.2010 Były

Non Solo, zapamiętamy, przetestujemy.

Hmm, Non Solo znaczy że nie mogę bez rodziny?

Zgłoś 16.03.2010 Raz Putin

Były, możesz jak najbardziej, ale z ostatniej wizyty pamiętam głównie kelnerki, a pizzę raczej na drugim planie ;)

Zgłoś 15.03.2010 Sushi

Nie zgodzę się z opinia na temat sushi. Owszem w domu nie zrobi się równie dobrego sushi jak w knajpie ale jest równie smaczne i nie jest drogie. W Japonii sushi było jedzeniem dla biedaków, tro... Pokaż więcej

Nie zgodzę się z opinia na temat sushi. Owszem w domu nie zrobi się równie dobrego sushi jak w knajpie ale jest równie smaczne i nie jest drogie. W Japonii sushi było jedzeniem dla biedaków, trochę ryżu i surowa ryba. To w Polsce robi się nie wiadomo co z tego. W europie zachodniej czy w USA można pójść we 4 i najeść się dobrego sushi za 50 euro czy 50 usd i to w cale nie jest dużo w przeliczeniu 1:1. W Polsce trzeba by było zapłacić za 4 osoby conajmniej 150 zł.

Zgłoś 28.05.2010 kaciaa

w krakowie tylko i wylacznie pizzeria Trzy Papryczki na Poselskiej.

Rewelacja ;)